niedziela, 20 stycznia 2019

Moja historia. Część 3.

      Gdy w moim życiu nagle zmieniło się bardzo, bardzo wiele, musiałem to sobie jakoś poukładać w głowie. Zacząłem wówczas pisać blog. Dzielenie się moimi emocjami i doświadczeniami związanymi z chorobą stało się dla mnie sposobem na odreagowanie stresu wywołanego zupełnie obcą mi sytuacją, w jakiej się znalazłem. Poniżej kilka wpisów z pierwszego roku chorowania.

ROK PIERWSZY. 
Fragmenty pamiętnika.

O ZUSie w plusie ;-)
Byłem dzisiaj w ZUSie i ... było super. Trafiłem na bardzo miłą i kompetentną panią, która wypełniała swoje obowiązki z uśmiechem i fachowością. Wszystko co potrzebowałem bardzo dokładnie mi wytłumaczyła, posprawdzała dokumenty i jeszcze życzyła miłego dnia. Wiec i ja wszystkim życzę miłego dnia! Zawsze można znaleźć powód i do radości i do smutku; ja szukam tych pierwszych! A dzisiaj od rana w dobry humor wprowadziła mnie pani urzędniczka z ZUS, oby wszyscy tak jak ona podchodzili do swoich obowiązków. :-)
                                                                                ***
      Wyników badania RET nie mam do dzisiejszego dnia, bo podobno one tak długo trwają. Póki co zakładam, że wyniki potwierdzą, iż mam raka sporadycznego. Innej myśli w ogóle nie dopuszczam!!!

Wizyty kontrolne.
Pierwszą wizytę kontrolną miałem w miesiąc po zabiegu. Chirurg oglądnął moja bliznę pooperacyjną i był wyraźnie zadowolony z jej wyglądu. Pobrano mi krew by zbadać poziom wapnia zjonizowanego, parathormonu, kalcytoniny oraz TSH. A także otrzymałem wynik pooperacyjnego badania histopatologicznego. Okazało się, iż decyzja chirurga o usunięciu nie tylko tarczycy lecz również środkowych i prawostronnych węzłów chłonnych szyi była jak najbardziej właściwa, bowiem umiejscowiły się już tam przerzuty. Natomiast biopsja węzłów chłonnych lewej strony szyi, którą wykonano w trakcie operacji (tzw. INTRA) wykazała, iż są one, na szczęście, wolne od przerzutów. Na zakończenie wizyty, w odpowiedzi na pytanie jakie mnie teraz czeka dalsze leczenie usłyszałem, iż według pana doktora jestem już zdrowy, a teraz zostało nam to tylko potwierdzić odpowiednimi badaniami. Oby miał rację! Póki co trzymam się tej wersji!
     Druga wizyta pooperacyjna w Gliwicach odbyła się w dwa tygodnie po pierwszej. Było to w zasadzie jedno badanie - próba pentagastrynowa. Badanie to wiąże się z dość specyficznymi doznaniami, ale o tym napiszę kiedy indziej. Teraz pozostaje mi czekać na wyniki dzisiejszego badania, które poznam podczas najbliższej wizyty w Instytucie. Tak w ogóle to zauważyłem, iż wizyty kontrolne stały się swego rodzaju wyznacznikiem upływającego czasu. Na przykład: stłuczkę samochodową miałem dzień przed pierwszą wizytą po operacji, natomiast teść złamał sobie rękę w czwartek przed drugą wizytą w Gliwicach, z kolei wigilia w tym roku wypadła w czwartek po drugiej wizycie kontrolnej. Aby jeszcze bardziej zamieszać to dodam, że pierwsza kontrola ręki teścia będzie w czwartek po mojej trzeciej wizycie w Instytucie.
Jednym słowem czas płynie od kontroli do kontroli...
Ale co tam, byle do wiosny!

Miało być o badaniach ale będzie o polityce.
Serwisy informacyjne w ostatnich dniach donoszą, iż polityczne przepychanki trwają, a chorzy czekają. Czekają na „chemię” niestandardową. Czekają i niejednokrotnie „odchodzą z kwitkiem”. TV pokazuje zrozpaczonych, płaczących ludzi – bo w niektórych przypadkach to czekanie może oznaczać nawet śmierć. Politycy i urzędnicy przerzucają się odpowiedzialnością i ukradkiem spoglądają na wskaźniki popularności. Jednym słowem kolejna zadyma polityczna ze służbą zdrowia w tle. Od jutra najprawdopodobniej ten problem zostanie ostatecznie rozwiązany. Chorzy będą mogli się leczyć, ktoś straci styczniową pensję, ktoś kogoś przeprosi, ktoś pójdzie do kogoś na dywanik, może nawet jakiś minister zostanie zdymisjonowany, a potem... wszystko wróci do tak zwanej normy. Tylko czy na pewno wszystko? Przecież te osoby, którym przerwano cykl chemioterapii straciły dużo więcej niż trochę czasu i nerwów; dużo więcej….
     W zasadzie mam swoje lata i powinienem się już przyzwyczaić, że jest, jak jest i tak musi (?) być. Jednak nie potrafię. I to nie chodzi o tę jedną sprawę, która „wypłynęła” w ostatnich dniach, ale o całokształt funkcjonowania służby zdrowia w Polsce. O długofalowe programy badań, o profilaktykę, o terminy wizyt u specjalistów i wiele, wiele innych spraw, które zaczynamy dostrzegać gdy zdrowie odmawia współpracy z nami. Za obecny stan naszej służby zdrowia nie obwiniam bezpośrednio obecnego rządu, ani poprzedniego, ani nawet komuny (na którą tak wiele się zrzuca) lecz całą klasę polityczną. Drodzy Politycy (jeżeli jakiś tu zagląda). Wiem, iż sprawowanie władzy to nie jest łatwe zadanie. Jest wiele spraw do rozwiązania i wiele sposobów na osiągnięcie celu. Spieranie się jest nieodzownie wpisane w politykę – ja to rozumiem. Tak samo jak to, że bycie politykiem wiąże się z wielkim stresem i odpowiedzialnością. I mając na uwadze tę właśnie odpowiedzialność pomyślałem, iż pięknie by było, gdybyście przy rozwiązywaniu niektórych problemów przyjęli ponadpartyjną strategię długofalowego, spójnego działania; np. w służbie zdrowia – by nikt, przez politykę, w wolnej Polsce nie musiał umierać…
    To by było (a właściwie jest) na dzisiaj tyle. Zapewne nic od tego wpisu się w polityce nie zmieni, ale przynajmniej mi trochę ulżyło jak sobie poklikałem ;-)

BAC 3 razy – please!
- Dzień dobry, zapraszam na USG – powitał mnie młody, sympatyczny lekarz.
- Dzień dobry – odpowiedziałem. W gabinecie USG szybko zdjąłem sweter i wyłożyłem się na leżance. Pan doktor przystąpił do badania.
- Czy wyczuł pan w ostatnim czasie jakieś zgrubienia, guzy?
- Nie, ale to nie jest zbyt miarodajne ponieważ długo nie zauważałem nawet guza, który miał 2,5 cm. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Ale w ostatnim czasie jakby bardziej cierpnie mi szyja i czuję czasami dyskomfort (bo bólem bym tego nie nazwał) tu, tu i tu – dodałem wskazując konkretne obszary na szyi.
- Czy ma pan teraz jakąś infekcję? – zapytał lekarz.
- Jestem lekko przeziębiony.
Doktor jeszcze trochę poślizgał głowicą USG po mojej szyi, a następnie przeszliśmy do gabinetu, w którym przyjmował.
- Wyniki próby pentagastrynowej nie są fatalne, ale nie są też takie jakich byśmy sobie życzyli.
- Rozumiem – odparłem bez emocji.
- Ma pan powiększone węzły chłonne – w tym miejscu określił ich lokalizację, w lekarzom tylko zrozumiałym narzeczu. – Zrobimy ich biopsję. Proszę szybko podejść do gabinetu nr 1001 jeszcze pan zdąży – było już popołudniu więc gabinet zabiegowy miał być zaraz zamknięty. – Po badaniu proszę tu wrócić.
Szybko przebiegłem na badanie, choć w głębi duszy wcale tak bardzo mi się nie spieszyło do kłucia. Owszem to nie jest jakieś straszne badanie, ale aż trzy biopsje? Tak od ręki? No cóż, jak trzeba – to trzeba. W zabiegówce powitały mnie dwie młodziutkie panie w białych kitlach i dojrzały mężczyzna z bródką (też w białym kitlu rzecz jasna) siedzący za sterami USG.
- Dzień dobry – zacząłem nieśmiało.
- Dzień dobry, proszę się położyć, wałeczek pod głowę – zaordynował pan z bródką (od razu było widać kto tam rządzi). Z pewną nieśmiałością (jak ongiś mawiała Anna Patrycy) wykonałem polecenie, a tu już po mojej szyi śmiga sonda USG.
- Zaczynamy od tego – powiedział głównodowodzący, a zaraz po tym nachyliła się nade mną miła pani i poczułem chłodek w szyi.
- Teraz ten? – zapytała pani nakłuwająca
- Nie. Ten jest wyraźnie zwłókniały, nie ma co go kłóć i tak nic by z tego nie było. Teraz niech pani weźmie tego – i znowu poczułem chłodek w szyi i kręcenie igiełki
- Bez materiału – poinformowała młoda pani w kitelku.
- Proszę? – zamruczał dowódca.
- Beż materiału – powtórzyła winowajczyni – Chyba trochę za płytko…. Nie przebiłam mięśnia – dodała.
- Niech pani zrobi tu – będzie lepiej, albo nawet tu – będzie jeszcze lepiej.
Na szyi po raz kolejny czuję przykładaną rurkę przez którą wprowadza się igłę. W tym momencie ręka pana doktora sięga rurki i koryguje jej ustawienie.
- Tak będzie najlepiej – stwierdza mentorskim tonem pan z bródką.
Następuje trzecie ukłucie.
- Bardzo dobrze – mówi wyraźnie zadowolony kierownik zabawy – To wszystko – dodaje do mnie dosyć beznamiętnym tonem.
- Dziękuję bardzo. Do widzenia – odpowiadam szczerze zadowolony, że to już koniec i, że młoda pani lekarka pomimo tego, iż najwyraźniej jeszcze się uczy fachu, to jednak już sporo umie i całościowo badanie można określić jako co najwyżej nieprzyjemne.
Wracam do gabinetu, z którego zostałem wysłany na biopsję. Pan doktor wydaje mi jeszcze skierowanie na tomografię szyi i klatki piersiowej, USG jamy brzusznej i badanie krwi. Tomografia i USG w najbliższy poniedziałek, a badanie krwi „od ręki” dwoje drzwi dalej.
No to do poniedziałku Gliwice…

Stan zawieszenia?
Mam pewien problem. Nie wiem jak odpowiadać na pytanie: „jak tam Twoje zdrowie?”. 
Z jednej strony czuję się bardzo dobrze, a z drugiej, wyniki są niejednoznaczne. Ogólnie jest lepiej, ale niektóre wyniki nie są do końca takie jak być powinny. Są pewne wątpliwości. Trzeba poczekać i zrobić badania kontrolne. Porównać wyniki i zobaczyć czy coś się zmienia, a jeżeli tak, to w którą stronę? W zasadzie normalka przy raku, jednak nie bardzo wiadomo co odpowiadać mniej lub bardziej zatroskanym rozmówcom. Zazwyczaj rzucam zdawkowe: ” jest O.K.”, „może być”, „idzie w dobrym kierunku” lub „nie jest źle, choć mogło by być lepiej”. Jeżeli to wystarczy to super, jednak niektórzy są bardziej dociekliwi i wtedy pojawia się problem, bo wiele osób nie potrafi zrozumieć jak można powiedzieć, że jest O.K. skoro do końca jeszcze nic nie wiadomo, jak można smacznie spać wiedząc, że za kilka tygodni czy miesięcy będę musiał powtarzać badania, których wyniki mogą być, delikatnie mówiąc, niezadowalające. Jak mogę spokojnie trwać w takiej niepewności? Odnoszę wrażenie, że zdaniem wielu osób, choroba nowotworowa sprawia, iż chory funkcjonuje w stanie zawieszenia pomiędzy życiem, a śmiercią i nie pozostaje mu nic innego jak przyjąć postawę zagubionej, przestraszonej istotki, która przycupnęła gdzieś w kąciku i czeka… Tylko na co czeka? – ja się pytam… i nawet nie chcę słyszeć odpowiedzi…
Z mojego punktu widzenia sprawa jest prosta. Oczywiście prawdą jest, iż osoby chore na raka muszą robić badania kontrolne i jeżeli nawet zostaną wyleczone to i tak pozostaje im świadomość, iż choroba może powrócić; muszą się liczyć z różnymi jej konsekwencjami, również śmiercią. Ale czy to jest powód do tego aby się zamartwiać, zatruwać życie sobie i innym? Patrząc w ten sposób, to wszyscy ludzie powinni się cały czas zamartwiać, bo umiera się przecież nie tylko na raka. Wszyscy jesteśmy śmiertelni. Można dostać zawału, udaru, wpaść pod samochód, zostać napadniętym, utopić się w basenie, zostać porażonym prądem elektrycznym, a nawet zakrztusić się pijąc poranną kawę i udusić. Każdy z nas, bez wyjątku, może w ciągu ułamka sekundy, zupełnie niespodziewanie „przejść na drugą stronę”. Ale czy z tego powodu ludzie się zamartwiają? Nie. Więc dlaczego ja mam się zamartwiać? Kochani, pewien znajomy żołnierz z brygady powietrzno-desantowej, powiedział mi, iż wśród skoczków jest takie powiedzenie: „Co się boisz? Do góry nie polecisz, Ziemi nie ominiesz!”. I właśnie to powiedzenie, według mnie, świetnie oddaje istotę naszego życia. Jest wiele rzeczy, na które mamy wpływ i musimy to mądrze wykorzystywać (założyć spadochron główny i zapasowy, włożyć kask itd.), ale są też takie, którym musimy się poddać (grawitacja). Życie to właśnie taki skok ze spadochronem. Jedni skoczkowie spadają krócej, inni dłużej, ale wszyscy w końcu znajdują się na ziemi. Ciekawe, którzy są bardziej zadowoleni ze skoku? Ci, co spadali krótko, ale potrafili się cieszyć przestrzenią wokół siebie i pięknymi widokami, czy ci, którzy długo szybowali w przestworzach pocąc się i zaciskając oczy ze strachu, martwiąc się czy linki im się nie poplątają, a jeżeli nawet nie, to czy sobie nóg nie połamią przy uderzeniu o ziemię?
    Ja cieszę się życiem tym, które mam! Wam też tego życzę! Wspominajcie miłe chwile, a złych chwil nie rozpamiętujcie. Myślcie o przyszłości, ale się o nią nie zamartwiajcie, chwytajcie dzień, który macie i starajcie się go jak najlepiej przeżyć…

Pozytywny aspekt choroby.
     Czy można doszukać się czegoś pozytywnego w jakiejkolwiek chorobie? Czy zachorowanie na raka może wnieść coś dobrego do życia chorego lub jego rodziny? Choć odpowiedź może się wydać niektórym osobom niewiarygodna, brzmi : TAK. Przeglądając fora dyskusyjne, czytając blogi, artykuły i książki łatwo natrafić na wypowiedzi osób, które twierdzą, iż stając w obliczu choroby i realnego ryzyka zakończenia ziemskiej wędrówki, zupełnie zmieniają swoje spojrzenie na świat. Zaczynają, żyć prawdziwą pełnią życia i chociaż niejednokrotnie cierpią fizycznie, to odnajdują spokój ducha, o którym – w czasach przed chorobą – nie miały pojęcia, że w ogóle istnieje. Zaczynają prawdziwie doceniać dar życia. Oczywiście nie wszystkie osoby dotknięte chorobą potrafią doszukać się w takim stanie rzeczy pozytywów (i wcale im się jakoś nie dziwię), jednak znajdując się w trudnej sytuacji warto ją przemyśleć i postarać się, mimo wszystko, doszukać czegoś co może nadać jej sens. 
A teraz, aby już nie „sypać” ogólnikami, przechodzę na moje podwórko:
     Gdy poczułem zimny oddech kostuchy na plecach nie było mi łatwo, jednak uświadomienie faktu, iż mam realną szansę aby jej umknąć (póki co), pozwoliło mi się opanować i w miarę spokojnie podjąć leczenie. Rak był dla mnie zupełną niespodzianką – bardzo niemiłą i przerażającą. Spowodował wiele komplikacji w życiu moim i mojej rodziny, ale równocześnie zmienił moje postrzeganie życia i śmierci, spowodował, iż potrafię się cieszyć małymi radościami dnia codziennego i staram się żyć tu i teraz. Teraz wiem, iż oprócz tego, że trzeba być odpowiedzialnym (i w związku z tym planować oraz zabezpieczać przyszłość swoją i rodziny), trzeba również starać się każdego dnia dostrzegać tę rodzinę. Dostrzegać wszystkie maleńkie, powszednie radości i zbierać je w swoim sercu by stworzyć tam wielkie ognisko radości, a nie czekać na jakąś wielką radość, która kiedyś ma przyjść - bo to kiedyś może już nie być moim czasem. Już wiem, że życie nie może polegać tylko na gromadzeniu, by kiedyś w przyszłości z tego skarbca korzystać. Życie polega na patrzeniu na świat szeroko otwartymi oczami i codziennym zachwycaniu się jego pięknem. Życie trzeba „łapać” każdego dnia i mocno wyciskać, bo nie wiem ile jeszcze chwil zostanie mi darowanych. Dlatego też nie warto tracić życia na bezsensowne spory i kłótnie, których przyczyną są zazwyczaj błahe sprawy. Kłótnia, co prawda, stanowi całkiem efektywny sposób rozładowania napięcia emocjonalnego, jednak nie jest to dobry sposób, gdyż w gniewie mówimy rzeczy, których tak naprawdę nie myślimy, staramy się mieć przewagę nad „drugą stroną”, za wszelką cenę, w efekcie czego ranimy się wzajemnie, nie rozwiązując problemu. Jestem przekonany, iż nie należy się w ogóle kłócić lecz trzeba spokojnie, merytorycznie, z wzajemnym szacunkiem rozmawiać, a negatywne emocje rozładowywać w inny sposób niż kłótnia. Ja to już wiem – co wcale nie znaczy, że wiem jak to wprowadzić w życie. Póki co staram się nad sobą pracować i spokojniej reagować na stresujące sytuacje; a jak mi to wychodzi to już inna sprawa…

A życie sobie płynie…
Dawno nic tu nie pisałem...
U mnie OK. Czuję się bardzo dobrze, nie licząc okresowego drętwienia szyi i pobolewania na szwie, plus trochę szybszego męczenia się. Taki stan rzeczy spowodował, że życie wciągnęło mnie na nowo w swój zwariowany wir i brakuje mi czasu na pisanie. Wiele różnych spraw zajmuje mój czas i nie ma chyba sensu opisywanie ich tutaj dokładnie. Cały czas jestem pozytywnie nastawiony do świata i staram się nie ulegać negatywnym emocjom. Natomiast moje nawyki żywieniowe, niestety, w ostatnim czasie zaczęły się upodabniać do tych z przed diagnozy, czyli lepiej nie mówić (piszę o tym po to, by samego siebie zdopingować do wprowadzenia stosownych zmian w jadłospisie). W ogóle jeśli chodzi o nawyki żywieniowe to w przyszłości „skrobnę” jakiś tekścik na ten temat, bo od nich zależy w dużej mierze jakość naszego życia, o czym niestety większość z nas zapomina lub w ogóle nie zdaje sobie sprawy.
   Dla dopełnienia obrazu mojej sytuacji, w nieco ponad pół roku od postawienia diagnozy i niespełna pół roku od zabiegu, dodam, iż obecnie realizuję odwieczną zasadę: „pożyjemy – zobaczymy”. Tzn. operacja się udała, tarczyca z guzem usunięta, węzły chłonne z przerzutami też, poza tym wydaje się być czysto, ale kalcytonina ciągle nie taka by móc powiedzieć, że sprawę uważamy za zamkniętą i jeszcze parathormon też ciągle kuleje. Najbliższa wizyta w IO w Gliwicach na początku czerwca, a w międzyczasie spotkam się jeszcze z „moją” panią endokrynolog. 

Wpływ myśli na samopoczucie.
   Wpływ myśli i przekonań na samopoczucie jest ogromny. Ostatnio bardzo namacalnie odczułem ten, dość powszechnie znany, fakt. Otóż zrobiłem sobie badania kalcytoniny, parathormonu, tyreoglobuliny, poziomu wapnia itd. Wyniki okazały się być gorsze niż zakładałem. I co? Zacząłem się doszukiwać w swoim samopoczuciu jakichś nieprawidłowości oraz niepokojących objawów i… znajdywałem je. W ciągu kilku następnych dni udałem się na wizytę u endokrynologa (taką nadplanową kontrolę). W jej trakcie usłyszałem zalecenie bym skontaktował się z Gliwicami, aby zapytać czy w związku z takimi, a nie innymi wynikami, nie powinienem przyspieszyć terminu planowej wizyty kontrolnej w IO w Gliwicach? Takie postawienie sprawy spowodowało, że zacząłem widzieć wszystko w ciemno szarych (aby nie powiedzieć czarnych) barwach. W jednej chwili stałem się drażliwy, apatyczny, zmęczony i obolały. Byłem zdołowany psychicznie i zacząłem odczuwać fizyczne dolegliwości. Stan taki trwał do dnia, w którym udało mi się przeprowadzić rozmowę telefoniczną z lekarzem z Gliwic. W zasadzie nie powiedział on nic odkrywczego, stwierdził jedynie, że wyniki, które mu podałem telefonicznie nie są jakoś nadzwyczajnie niepokojące, a termin, który mam ustalony nie jest zbyt odległy i w związku z tym nie widzi konieczności zmiany trybu postępowania. 
I co się stało? 
W trybie natychmiastowym wrócił mi dobry humor, świat nabrał jasnych barw, a dolegliwości fizyczne złagodniały i ustąpiły. 
Cud? 
Nie. Namacalny dowód na to jak wielki wpływ na nasze samopoczucie ma to, co dzieje się w naszych głowach.
I jaki z tego wniosek?
Nie należy się zamartwiać, bo zamartwianie się niczego nie zmienia (no może z wyjątkiem włosów, które mogą posiwieć). Niby o tym już dawno wiedziałem, ale mimo to pozwoliłem na chwilę wziąć górę złym emocjom i dać się zapędzić w kozi róg strachu. Potraktuję to jak kolejną lekcję od życia i mam nadzieję, że kiedy znowu znajdę się w podbramkowej sytuacji, to nie stracę optymizmu i nie pozwolę by zdominowały mnie negatywne emocje i ich pokłosie. 
Znowu myślę pozytywnie i wszystkim radzę też tak robić!

Bez zmian…
Dzisiejszy wpis zacznę od wiadomości dla mnie najważniejszej: oficjalne wyniki badań genetycznych potwierdzają, iż nowotwór, który mnie zaatakował jest odmianą sporadyczną, a nie dziedziczną! Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć jak bardzo się cieszę z takiej informacji. Poza tym czerwcowe badania w Gliwicach nie wniosły w zasadzie nic nowego. Jest, jak to określiła pani doktor: „ani dobrze, ani źle”. Nie jest źle, bo kalcytonina w ciągu ostatnich miesięcy nie zmieniła się, ale dobrze też nie jest, bo jest ona jednak dziesięć razy wyższa, niż wynosi górna granica normy. Jest dobrze bo TK klatki piersiowej i szyi nie wykazało zmian względem wcześniejszego badania, ale jest źle bo nadal nie wiadomo gdzie się skorupiak czai, więc trzeba szukać dalej. Mówiąc krótko, szukamy dalej - aż do skutku. Następne badania dopiero w październiku. Na postawione przeze mnie pytanie: „to co teraz powinienem robić?, otrzymałem od pani doktor odpowiedź: „proszę normalnie żyć”; „czyli jak dotychczas, bez zmian” skwitowałem naszą pogawędkę i życząc wszystkiego dobrego podreptałem na pociąg…
   Nie ukrywam, iż wkurza mnie świadomość tego, że „zabawa w podchody” trwa nadal i trwać może jeszcze długo, ale staram się o tym nie rozmyślać. Jestem oczywiście świadomy, że nie wszystko jest OK, ale ta świadomość jest mi potrzebna do tego, abym nie zapomniał zażyć eltroxinu, zrobić badań kontrolnych, prawidłowo się odżywiać, podchodzić do życia maksymalnie na luzie (bezstresowo) i doceniać każdy dzień, który jest mi dany. Nie pozwalam jednak by świadomość choroby wzbudzała we mnie negatywne emocje. Nie zamartwiam się i nie zakładam złych scenariuszy, wręcz przeciwnie zakładam, że wszystko będzie dobrze i takie nastawienie do życia staram się przekazywać innym osobom. Moi drodzy, fakt że jestem chory i czasem o tym myślę, piszę czy rozmawiam, nie zmienia faktu, że moim celem jest wyzdrowienie, a nie użalanie się nad sobą. I choć może wydać się dziwne, to właśnie świadomość mojej choroby pozwala mi bardziej doceniać to co mam i cieszyć się życiem (ale o tym już chyba kiedyś pisałem, więc nie będę się powtarzał). Póki co realizuję zalecenie pani doktor by normalnie żyć i wyjeżdżam z moją kochaną żoneczką i rozbrykanym sykiem spacerować po plaży, kopać doły i budować zamki z piasku, chrupać smażoną rybkę, grać w karty, czytać książki i oglądać zachody słońca… Będzie supper!           


niedziela, 6 stycznia 2019

Moja historia. Część 2.

Od początku prowadzenia tego bloga staram się przekazywać wiadomości, które nie wzbudzą zbędnego niepokoju lecz pozwolą oswoić się z chorobą. Równocześnie nie chcę by ktoś odniósł wrażenie, że rak tarczycy jest błahostką, którą można zbagatelizować. Dlatego przypominam, że najwłaściwszą osobą do prowadzenia dyskusji o raku tarczycy (i każdym innym nowotworze też) jest  LEKARZ.
Mój ostatni i kilka najbliższych planowanych wpisów, są skierowane w pierwszej kolejności do tych wszystkich, którzy właśnie poznali diagnozę i są zagubieni, przerażeni lub tylko zdezorientowani. By zobaczyli na konkretnym (w tym akurat przypadku - moim) przykładzie, że to normalna pierwsza reakcja, że trzeba przez to przejść i podjąć walkę. By sobie uświadomili, że nie ich pierwszych i nie ostatnich zaatakował rak. By nie zatrzymali się na etapie strachu lecz by zrobili krok do przodu i świadomie podjęli leczenie, z nadzieją na wyleczenie.

Rok pierwszy. Zaczynamy proces leczenia.
  Termin pierwszej wizyty w Instytucie Onkologii w Gliwicach został wyznaczony (telefonicznie) bardzo szybko. Gdy już tam się znalazłem, przeprowadzono ze mną dość szczegółowy wywiad, a następnie zostałem przyjęty przez chirurga, który pomacał mi szyję, przeglądnął wyniki dotychczasowych badań, odebrał próbki z biopsji (tzw. szkiełka), które z sobą przywiozłem i wyznaczył termin następnej wizyty za trzy tygodnie.
    W trakcie drugiej wizyty zostałem przyjęty również przez chirurga (tym razem innego) specjalizującego się w leczeniu tarczycy. Doktor był bardzo konkretny i niezbyt rozmowny, stwarzał dystans, ale nie był niemiły. Rzekłbym specjalista, który po raz kolejny zajmuje się takim samym przypadkiem. Przeprowadził ze mną krótki wywiad i poinformował, iż badania próbek potwierdziły rozpoznanie. Mam raka rdzeniastego tarczycy i w związku z tym, iż jest on takich rozmiarów jakich jest, muszę mieć usuniętą tarczycę w całości wraz z układem chłonnym środkowym szyi, a następnie mam mieć usunięty układ chłonny szyi po stronie guza. Krótko mówiąc dwie operacje w trakcie jednej narkozy. O tym, iż czeka mnie operacja wiedziałem, więc informacją, że zabieg będzie nieco bardziej rozległy w zasadzie niezbyt się przejąłem. Jednak w trakcie rozmowy coś mnie bardzo przeraziło. Dowiedziałem się bowiem, iż jeżeli nawet nikt w mojej rodzinie nie miał problemów z tarczycą to i tak mój rak może być dziedziczny, tzn. gen odpowiedzialny za powstanie raka mógł dopiero u mnie zmutować i stać się groźny dla mojego synka. Ta wiadomość była dla mnie o wiele gorsza niż wszystko razem wzięte co się dotychczas złego dowiedziałem. Lekarz wyjaśnił mi jednak, że może to być rak rdzeniasty dziedziczny, ale nie musi. Może to być odmiana sporadyczna. Ponadto gdyby to nawet była odmiana dziedziczna to wcale nie znaczy, że mój syn musi zachorować, a w najgorszym razie gdyby się okazało, że mój synek ma gen odpowiedzialny za powstawanie tego świństwa to i tak obecnie można (i trzeba) to kontrolować i nie dopuścić do rozwinięcia się choroby. Jednak póki co to nie ma potrzeby stresować dziecka, tylko trzeba wykonać badanie genetyczne RET mojej krwi, które pozwoli określić jaki rodzaj raka (sporadyczny czy dziedziczny) mnie dopadł.
W trakcie tej wizyty został ustalony również termin przyjęcia do szpitala i zalecono mi wykonanie tomografii komputerowej jamy brzusznej wraz z oceną nadnerczy.
Trzecia wizyta w Gliwicach miała się odbyć tydzień przed przyjęciem do szpitala jednak, dwa dni przed tym terminem zadzwoniono do mnie i przesunięto termin na następny tydzień (na dwa dni przed przyjęciem do szpitala). W trakcie tej wizyty pobrano mi chyba siedem próbówek krwi (miła pani musiała mnie kłuć na dwie ręce bo mam niskie ciśnienie i po napełnieniu dwóch próbówek, krew z lewej ręki nie chciała już lecieć), zmierzono mi ciśnienie, wykonano EKG, przebadano przez laryngologa i internistę...
Koniec końców stwierdzono, iż zakwalifikowałem się do przyjęcia i mogę pojutrze przyjeżdżać. I tak się stało. W wyznaczonym terminie, na początku listopada 2009 zostałem przyjęty na oddział... O tym co działo się dalej już pisałem tutaj.
 
Na koniec dzisiejszego wpisu dodam jeszcze, iż w każdej z powyższych "wycieczek" do Gliwic, towarzyszyła mi żona. Zajmowała kolejki w poczekalniach, uzyskiwała informacje, przypominała o tym, że czasem trzeba coś zjeść itd... Po prostu była ze mną, za co jestem jej bardzo wdzięczny. Oczywiście, że sam bym sobie również poradził, ale gdy w takich sytuacjach ma się obok siebie kochającą osobę jest dużo lżej. 
Z kolei żona mogła mi towarzyszyć bo nasz synek w trakcie tych wyjazdów zamieszkiwał u dziadków, co pozwalało nam spokojnie jechać, a jemu dostarczało wiele radości. Tak więc po raz kolejny potwierdziło się, że wsparcie innych osób w trudnych chwilach jest nie do przecenienia!


sobota, 28 kwietnia 2018

Moja historia.

Dawno nic tu nie pisałem - wybaczcie.

Wsiadłem na karuzelę codzienności i przed oczami miga mi tylko: praca - dom - praca - dom - praca...

No może troszkę przesadzam, czasem znajduję czas na jakieś przyjemności, np. rodzinne podróże małe i duże, ale tak czy inaczej brak mi czasu na pisanie bloga. Jednak ze względu na to, iż co jakiś czas otrzymuję maile z różnymi zapytaniami dotyczącymi raka tarczycy wiem, że wiele/wielu z Was ma niedosyt informacji jak to całe chorowanie na raka tarczycy wygląda praktycznie, jak przebiega leczenie i co dzieje się w głowie pacjenta po usłyszeniu diagnozy. Oczywiście nie wiem jak to było, jest lub będzie u innych osób, ale wiem jak to wyglądało u mnie i tymi wspomnieniami mogę się z Wami podzielić.

Moja historia, czyli rak tarczycy dopadł mnie zupełnie niespodziewanie.
      Miałem 32 lata, gdy dowiedziałem się, że JA – zdrowy, młody facet, mąż i ojciec – wcale nie jestem taki zdrowy jak myślałem. Mam raka tarczycy. W jednej chwili mój świat stanął na głowie. Poczułem się totalnie zdezorientowany. Na początku nie wiedziałem ani co robić, ani co myśleć. Zacząłem więc szukać informacji na temat choroby, która mnie dotknęła. Co ją wywołuje, jak ją leczyć, jakie są rokowania, jak z nią żyć.
W odnalezieniu się w zupełnie nowej sytuacji, w której postawiła mnie choroba, pomogła mi pani endokrynolog, która przekonała mnie, że rak rdzeniasty tarczycy jest chorobą, którą się leczy skutecznie. Pomógł mi kontakt z osobą, która walczy już ponad dziesięć lat i dzielnie się trzyma. I pomogła mi lektura książki pod tytułem: „Zwyciężyć chorobę”, w której jej autor, Mariusz Wirga, w zwięzłej i bardzo przystępnej formie wprowadza czytelnika w strefę medycyny psychosomatycznej; pomaga radzić sobie ze stresem wywoływanym przez chorobę, rozwijać swoją osobowość oraz odczuwać szczęście i czerpać radość z życia, w każdym jego momencie... 
Ale może najlepiej będzie jak zacznę od początku:
     Pewnego letniego dnia zaczęła mnie boleć szyja z prawej strony i jakby trochę spuchła. Pomyślałem nawet, że może warto by się wybrać do lekarza, jednak ponieważ ból nie był dotkliwy (nazwał bym to raczej dyskomfortem niż bólem), a w dodatku był to ostatni tydzień przed moim urlopem i sporo miałem jeszcze spraw do pozamykania przed wyjazdem na wakacje, wizyta u lekarza przeszła do listy zadań do zrealizowania w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Po powrocie z wakacyjnych wojaży, ponieważ szyja ciągle pobolewała, a zgrubienie nie znikało, poszedłem dla „świętego spokoju” do lekarza pierwszego kontaktu. Tu pojawiło się pierwsze, rzekłbym delikatne, zaniepokojenie. Lekarz, który z natury jest bardzo pogodny, tym razem badając mnie bardzo się zatroskał. Wymacał moją szyję raz, następnie drugi raz i jeszcze raz coś sprawdził, po czym oznajmił nader poważnym tonem, iż to nie musi być nic poważnego, ale on zaleca mi zrobić USG tarczycy i badania krwi. Poszedłem więc pierwszy raz w życiu na USG, a tam niezbyt subtelny pan radiolog stwierdził: „ma pan sporego guza na prawym płacie tarczycy (…) ale wygląda łagodnie (…) musiał go pan sobie już trochę hodować, może rok, może nawet dłużej, (…) trzeba będzie wyciąć (…) młody pan jest, ogólnie zdrowy, to nie ma sprawy będzie się dobrze goiło, nie ma co tego zostawiać bo wcześniej czy później trzeba to i tak będzie wyciąć, więc lepiej załatwić sprawę od razu, a szczegóły to niech pan ustali w szpitalu z chirurgami (…) to powodzenia…” „POWODZENIA”? Łatwo powiedzieć, gorzej zrobić. Od dnia swoich urodzin nigdy nie byłem w szpitalu jako pacjent, a tu mi facet mówi: „wyciąć i po sprawie”. Nogi mi się lekko ugięły, ale skoro trzeba to trzeba.
Z wynikiem USG poszedłem do lekarza pierwszego kontaktu. Tam czekały już na mnie wyniki podstawowych badań krwi okazały się być w normie, TSH - również! Dostałem skierowanie do przychodni chirurgicznej w szpitalu oraz receptę na szczepionkę na żółtaczkę (jak mnie mają kroić, to lepiej się zaszczepić). Pojawiło się tylko pytanie jak szczepić się na tą żółtaczkę trybem zwykłym czy przyspieszonym? To jednak miało się wyjaśnić po wizycie w szpitalu i ustaleniu terminu zabiegu.
U chirurga w szpitalu krótka piłka: „faktycznie guz jest, trzeba usunąć, ale najpierw niech pan idzie do endokrynologa, następnie zrobi biopsję tarczycy i z wynikam zgłosi się do nas, wówczas określimy jak pilna jest operacja i w jakim zakresie ma być przeprowadzona”. I w tym momencie właściwie się uspokoiłem. Gdyby to było coś bardzo poważnego to działania zapewne byłyby bardziej zdecydowane, a tak to sobie spokojnie poczekam. Jednak jak przyszło ustalać termin do endokrynologa, mój spokój nieco zbladł gdy usłyszałem, że do końca roku terminów już nie ma, a na nowy rok jeszcze nie ma zapisów. To był drugi tydzień września… 
Żona (i inni najbliżsi też) nie dała mi w zasadzie wyboru. Usłyszałem, że nie mogę czekać tylko mam iść na prywatną konsultację do endokrynologa - natychmiast! Po szybkim rozeznaniu lokalnego rynku lekarskiego ustaliłem termin wizyty u powszechnie cenionej w moim mieści pani doktor. Podczas wizyty pani endokrynolog wykonała mi USG, przeprowadziła dokładny wywiad i stwierdziła, że wygląda jej to na wole guzowate, ale mimo wszystko powinienem pilnie wykonać biopsję tarczycy oraz RTG płuc z projekcją na tarczycę. Dowiedziałem się również, że jeżeli diagnoza się potwierdzi to może wystarczy mi usunąć tylko pół tarczycy co bardzo mnie ucieszyło, gdyż w przypadku usunięcia całej tarczycy człowiek musi już do końca życia zażywać leki hormonalne, a w przypadku usunięcia jej połowy, tarczyca powinna sobie radzić z produkcją hormonów bez wspomagania farmakologicznego. Tak więc sprawa wydawała się być wyjaśnioną, zostało jeszcze wykonać zalecone badania, ale to potraktowałem raczej jako formalność.
Na zdjęciach RTG nie wyszło nic złego więcej niż to co już wiedziałem, więc można rzec: OK. Biopsji, nie ukrywam, bałem się; jak się później okazało zupełnie niepotrzebnie. Po wykonaniu badania pani doktor przeprowadzająca biopsję poinformowała mnie, iż po wyniki muszę się zgłosić osobiście ponieważ takie są procedury, a wstępny termin odbioru wyników mam wcześniej potwierdzić telefonicznie. Pozostało czekać... Na dwa dni przed przewidywanym terminem odbioru wyników biopsji zostałem telefonicznie poproszony o powtórzenie badania TSH oraz zbadanie poziomu Kalcytoniny i dostarczenie tych wyników, celem przekazania ich patomorfologowi wykonującemu ocenę materiału pobranego w czasie biopsji. Tu zapaliło mi się czerwone światło. Mój spokój został ponownie zmącony. "Coś pewnie jest nie tak jak powinno skoro są potrzebne dodatkowe badania" - pomyślałem i udałem się na konsultacje do "Doktora Google". Jak łatwo się domyślić wiele się naczytałem, niezbyt wiele dowiedziałem, ale na pewno się przestraszyłem. Poszedłem jednak po rozum do głowy i postanowiłem zaprzestać szperania po internecie i poczekać spokojnie na wynik badania kalcytoniny (TSH było cały czas na właściwym poziomie) oraz biopsji.Czekanie na wynik biopsji chociaż trwało zaledwie parę dni nie było jednak tak spokojne jak sobie planowałem, bowiem poziom kalcytoniny w moim organizmie okazał się być przekroczony siedemdziesięciokrotnie. Taki wynik skłonił mnie do wznowienia poszukiwań w internecie, co oczywiście zaowocowało pojawieniem się wielu pytań (na razie bez odpowiedzi) i obaw (bardziej lub mniej uzasadnionych)...
24 września 2009 roku, o wcześniej ustalonej godzinie zgłosiłem się do pani chirurg, która wykonywała biopsję, aby poznać wyniki badania. Zostałem poproszony do gabinetu gdzie rzeczowo poinformowano mnie, iż wyniki biopsji były niejednoznaczne, dlatego też telefonicznie poproszono mnie o dostarczenie wyników badań TSH oraz kalcytoniny. Na podstawie tych wyników, oraz próbki pobranej podczas biopsji lekarz patomorfolog postawił diagnozę, iż najprawdopodobniej mam raka rdzeniastego tarczycy. Przyjąłem to chłodno. Po wcześniejszej lekturze, gdzieś w głębi duszy spodziewałem się takiej diagnozy. Dowiedziałem się jeszcze od pani doktor, iż nawet jeżeli faktycznie jest to ten rak, to można go leczyć i zasugerowała konkretny instytut onkologii mający duże doświadczenie w leczeniu tego typu schorzeń. Podziękowałem za dobrą radę, pożegnałem się i wyszedłem. Wsiadłem do samochodu i wtedy zaczęło do mnie docierać to co przed chwilą usłyszałem. Zacząłem drętwieć na ciele i umyśle... Wziąłem się jednak trochę w garść i spróbowałem działać... Po pierwsze powinienem zadzwonić do żony, przecież umówiłem się z nią, że jak tylko będę znał wynik do dam jej znać. Ale co jej powiedzieć? "Cześć Kochanie właśnie się dowiedziałem, że mam raka" ??? ... Totalny mętlik w głowie... Wybrałem na komórce numer do pani endokrynolog... Zajęte. Próbuję jeszcze raz. Dalej zajęte. I tak jeszcze z pięć razy... Jak to wszystko długo trwa... W końcu udało się! Rozmawiam z panią doktor, mówię co się przed momentem dowiedziałem i proszę o spotkanie; umawiamy się na następny dzień. Teraz muszę zadzwonić do żony... Odbiera natychmiast i wypytuje co się dowiedziałem. Nie odpowiadam wprost, trochę kluczę, mydlę oczy i owijam w bawełnę, a na koniec dodaję, że się umówiłem jeszcze na konsultacje. Ponieważ mam nie tylko kochająca, ale i inteligentną żonę, a ponadto znamy się już bardzo długo, więc mój sposób przekazywania informacji może nieco łagodzi wydźwięk przekazu jednak wszyscy zainteresowani wiedzą co jest grane. Słyszę w słuchawce nieme przerażenie i cichuteńki płacz....

Dlaczego ja? Dlaczego teraz? Przecież nie palę tytoniu ani innych używek, alkohol piję sporadycznie i z umiarem, ciepło się ubieram, poważniej nie choruję, nie prowadzę siedzącego trybu życia.... Więc dlaczego??? Umrę szybko czy jeszcze trochę pożyję. Mój synek jest jeszcze taki mały - potrzebuje taty. Przestanę pracować? Z czego będzie utrzymywała się moja rodzina? Jeśli pożyję jeszcze trochę to jak to życie będzie wyglądało? Co mam mówić rodzinie i znajomym? Jeśli umrę to moja żona powinna wyjść za mąż, muszę to jasno jej i innym powiedzieć, jest przecież młoda i nie może zostać samotna, musi dalej żyć i opiekować się naszym synem. Za ile umrę? Co jest po śmierci? Jak moją śmierć zniosą najbliżsi? Jak to się leczy? Czy długo to się leczy?... 
    Mniej więcej takie myśli (i jeszcze wiele innych mniej lub bardziej sensownych) kołatały się w mojej głowie gdy czekałem na konsultację z panią endokrynolog. Po prostu byłem przerażony. W głowie mi wirowało. Na zewnątrz udawałem twardziela aby nie martwić otoczenia, ale wewnątrz byłem totalnie rozbity. Moja kochana żona starała się jakoś trzymać ale widziałem, że jest wstrząśnięta, bardzo to przeżywa. Rozmowy się nam nie kleiły chociaż chcieliśmy pogadać. Moi rodzice i teściowie również byli bardzo przestraszeni i chyba ciągle nie dowierzali w to, o czym się dowiedzieli. Atmosfera była ciężka, jednak robiliśmy wszystko by, póki co, nasz brzdąc nie zorientował się w sytuacji (jak będziemy wiedzieli więcej, to powoli będziemy go przygotowywali do najprawdopodobniejszego scenariusza), na razie wie, że tatuś robił sobie badania bo go bolała szyja...
W końcu minęła doba i pojechałem na umówione spotkanie z lekarką. Pojechałem sam, chociaż jak łatwo zgadnąć nie było to łatwe do zrealizowania, bo przecież: i żona, i mama, i teść, każdy był gotów jechać ze mną aby mnie wspierać. Ja mimo wszystko wolałem pojechać sam i rodzina to uszanowała. Ich troska i życzliwość jednak mnie podbudowały. Spotkanie z panią doktor okazało się strzałem w dziesiątkę. Przeprowadziliśmy spokojną, rzeczową rozmowę, która bardzo mnie uspokoiła i pomogła rozpocząć pozytywnie myśleć. Dowiedziałem się konkretnie, że jeżeli nawet wstępna diagnoza się potwierdzi to i tak mam myśleć o swojej przyszłości w jasnych barwach. Raka rdzeniastego tarczycy w obecnych czasach się leczy i leczenie jest skuteczne. Na potwierdzenie podała mi konkretny przykład pacjenta, w wieku zbliżonym do mojego, który walczy (z sukcesami) z tą chorobą. Zadałem lekarce kilka pytań, na które cierpliwie odpowiadała (czasami nawet trzy razy na to samo pytanie) i wysłuchałem wszystkiego co powinienem na tym etapie wiedzieć. Na "do widzenia" pani doktor jeszcze raz podkreśliła bym MYŚLAŁ POZYTYWNIE! 
Wyszedłem z gabinetu z pozytywną energią i wiarą w wyleczenie.
Nadzieja, a może nawet pewność możliwości wyleczenia, którą zaszczepiła mi w serce i umysł pani doktor okazała się tak silna, iż udało mi się ją (przynajmniej w części) przelać w serca i umysły moich najbliższych. Wszyscy się nieco uspokoiliśmy...Ja rozpocząłem proces leczenia...


poniedziałek, 21 marca 2016

BAC - biopsja aspiracyjna cienkoigłowa

Biopsja aspiracyjna cienkoigłowa (BAC) tarczycy to badanie, które wykonywane jest u większości osób mających guzy na tarczycy. Wiele opracowań mówi o konieczności wykonania biopsji każdej zmiany, której wielkość przekracza 1 cm, natomiast aktualne rekomendacje "Diagnostyka i leczenie raka tarczycy" koncentrują się na ultrasonograficznych i klinicznych cechach ryzyka złośliwości ognisk i podkreślają, że rozmiar zmiany nie jest najważniejszym kryterium wyboru miejsca BAC lecz jej obraz USG - w pierwszej kolejności należy nakłuwać ogniska z podejrzanym obrazem ultrasonograficznym.  Tak czy inaczej decyzję o wykonaniu biopsji tarczycy (lub węzła chłonnego) podejmuje lekarz, a pacjentowi pozostaje poddać się temu badaniu. 
Badanie polega na nakłuciu guzka tarczycy (lub węzła chłonnego) pod kontrolą USG i pobraniu z niego materiału do badania cytologicznego (czyli oglądnięcia pobranych komórek pod mikroskopem przez lekarza patomorfologa). BAC tarczycy często wywołuje różne obawy u pacjentów (zwłaszcza u tych, którzy nigdy jeszcze takiego badania nie mieli wykonywanego). Postaram się więc teraz opisać to badanie od strony praktycznej by nieco uspokoić osoby, które po raz pierwszy otrzymały skierowanie na biopsję tarczycy i nie wiedzą czego mają się po nim spodziewać.
1.Biopsja tarczycy nie wymaga specjalnego przygotowania poza ewentualnym odstawieniem leków przeciwzakrzepowych. Jeżeli pacjent przyjmuje leki wpływające na krzepliwość krwi powinien skonsultować z lekarzem czy ma te leki odstawić przed badaniem, a jeżeli tak, to jak zrobić to bezpiecznie.
2. Zgłaszając się na biopsję pacjent NIE musi być na czczo.
3. Do badania pacjent kładzie się na leżance, a pod szyję ma podłożony wałek, co wymusza mocne odchylenie głowy do tyłu. W takim, średnio wygodnym, ułożeniu ciała lekarz przykłada do szyi cieniutką rureczkę przez którą następnie wprowadzana jest igła do pobrania materiału diagnostycznego. Wkłuwanie nie trwa zbyt długo i  nie jest jakoś szczególnie bolesne; powiedział bym raczej, że jest nieprzyjemne. W sporadycznych przypadkach pacjenci określają ból związany z nakłuwaniem jako duży. Nakłucie odbywa się pod kontrolą USG. 
4. BAC tarczycy (węzła chłonnego) jest zabiegiem stosunkowo bezpiecznym, nie powodującym w zasadzie powikłań. W zdecydowanej większości przypadków po badaniu pozostaje przez kilka dni jedynie ledwie widoczny punkcik na szyi w miejscu wkłucia igły. Czasami zdarza się, że w miejscu wkłucia tworzy się siniec. Niektórzy pacjenci mówią też o odczuwaniu lekkiego bólu w okolicy wkłucia  przez parę dni po badaniu.

          Na zakończenie dodam, że biopsja aspiracyjna cienkoigłowa często ułatwia podjęcie decyzji o tym czy chory powinien zostać skierowany na operację czy można od niej odstąpić i ograniczyć się do dalszej obserwacji, jednak 100% pewności co do rodzaju i charakteru zmiany chorobowej daje tylko pełne pooperacyjne badanie histopatologiczne. Nie mniej, trzeba też pamiętać, że nie każda zmiana tarczycy wymaga przeprowadzania zabiegu chirurgicznego.

Bibliografia kliknij TUTAJ
źródło grafiki: http://cewilton.blogspot.com/2011/03/march-11-2011-needle-to-neck_12.html

poniedziałek, 2 listopada 2015

Mitologia onkologiczna, czyli: skrajności nikomu nie służą.


Stwierdzenie, że w świadomości społecznej funkcjonuje wiele fałszywych przekonań o chorobach nowotworowych, nie jest odkrywcze. Ale faktem jest również to, iż pomimo wielu kampanii informacyjnych głoszących, że rak to nie wyrok, w momencie gdy kogoś osobiście dotknie problem onkologiczny, większość z ludzi zapomina o tym "nie". Odżywa mit: diagnoza rak = wyrok śmierci. Pojawia się strach, przerażenie i zwątpienie. I nie ma w tym nic dziwnego, strach przed czymś nowym, niewiadomym, groźnym jest zupełnie naturalny. Istotnym jednak jest by stan przerażenia nie stał się stanem chronicznym. By nadszedł moment (oby jak najszybciej), w którym mit: rak to wyrok został zastąpiony racjonalnym myśleniem. Bo fakt jest taki, że rak to oczywiście choroba potencjalnie śmiertelna, jednak każdy przypadek tej choroby należy rozpatrywać indywidualnie, a jej przebieg jest uzależniony od rodzaju i umiejscowienia nowotworu, stadium zaawansowania choroby, ogólnego stanu zdrowia pacjenta i jeszcze wielu innych czynników. A w odniesieniu do raka tarczycy, przypominam, że zdecydowana większość przypadków tej choroby to nowotwory zróżnicowane, na leczenie których medycyna posiada skuteczne sposoby, natomiast pozostałe (nieliczne) raki tarczycy, chociaż jest mniej sposobów ich leczenia, wraz z postępem medycyny pozwalają coraz lepiej rokować.Bardziej szczegółowo o konkretnych rodzajach nowotworów złośliwych tarczycy i sposobach ich leczenia pisałem już wcześniej (lub w przyszłości napiszę) w innych notatkach na tym blogu.
To by było na tyle jeśli chodzi o straszenie rakiem, ale pomysłowość ludzka nie zna granic. Czytając różne fora internetowe zauważyłem, że pojawił się nowy mit dotyczący raka tarczycy. Otóż dowiedziałem się, że rak tarczycy to nie rak, że to taki rak w wersji DEMO, na to się nie umiera. Domyślam się, że celem wygłaszania takich twierdzeń jest chęć podnoszenia na duchu osób chorych, jednak skutkiem ubocznym takiego działania może być powstanie przekonania, że rak tarczycy jest niegroźny, że można go bagatelizować, co jest oczywistą nieprawdą. Każdy nieleczony rak tarczycy prowadzi do śmierci. Trywializowanie raka tarczycy jest według mnie równie szkodliwe jak jego demonizowanie.
Na koniec mój apel do wszystkich osób chorych na raka tarczycy, diagnozowanych pod kątem tej choroby lub też towarzyszących osobom chorym:
Szanowni Państwo odłóżcie emocje na bok (choć wiem, że nie jest to łatwe), nie wsłuchujcie się bezkrytycznie w opinie innych osób chorujących na raka tarczycy, o wszystko co budzi Wasze wątpliwości dopytujcie lekarzy i bądźcie dobrej myśli.

sobota, 6 czerwca 2015

Poradniki.

O raku tarczycy zaczyna się coraz więcej mówić i pisać. Również w formie przystępnej dla pacjentów. Poniżej podaję linki do poradników/informatorów dla osób chorych na raka tarczycy lub ich bliskich.

     1. Broszura Rak tarczycy
     2. Poradnik Motyle pod ochroną


środa, 22 kwietnia 2015

V Zjazd Polskiego Towarzystwa Tyreologicznego


3-5 września 2015 roku dobędzie się w Poznaniu V Zjazd Polskiego Towarzystwa Tyreologicznego. Niektóre z tematów mających być poruszanych na zjeździe:
• Rak tarczycy
• Diagnostyka i leczenie choroby guzkowej tarczycy
• Diagnostyka obrazowa schorzeń tarczycy
• Diagnostyka molekularna
• Pułapki diagnostyczne
• Terapia izotopowa
• Chirurgia tarczycy
• Choroby tarczycy w ciąży
• Rola suplementów diety w chorobach tarczycy
• Choroby tarczycy u dzieci

Więcej informacji o zjeździe: www.termedia.pl/Konferencje?Intro&e=397&p=2954