poniedziałek, 9 września 2013

Leczenie chirurgiczne raka tarczycy - cz. 2

Dzisiaj kontynuacja tematu chirurgicznego leczenia raka tarczycy. Nie będzie jednak w tym wpisie teorii. Będzie samo życie! Poniżej prezentuję fragmenty moich notatek, które sporządzałem po poszczególnych operacjach, które przechodziłem w związku z leczeniem raka rdzeniastego tarczycy. Wpis ten proszę traktować jako przykład tego jak może (ale nie musi) wyglądać leczenie chirurgiczne i czego się, mniej więcej, można w związku z nim spodziewać. Zaznaczam, iż są to tylko moje subiektywne odczucia, a wszystkie informacje, które podaję poniżej są oparte wyłącznie na tym co zapamiętałem i jak to w tamtym okresie odczuwałem.

 listopad 2009 r.
Operacja usunięcia tarczycy i środkowych oraz prawostronnych węzłów chłonnych.
Dzień przed zabiegiem ostatni posiłek pozwolono mi zjeść o godz. 17 (pić można było chyba do godz. 20). Około godziny 19 dostałem zastrzyk przeciwzakrzepowy w brzuch, i małą tabletkę do połknięcia przed snem (ale nie później niż o godz. 22). Zastrzyk pomimo moich obaw okazał się prawie bezbolesny, jedynie później przez 15 minut troszkę szczypało mnie pod skórą i nic więcej. Natomiast tajemnicza tabletka wcale nie była nasenna, jak sugerowali niektórzy pacjenci lecz miała za zadanie przygotować układ nerwowy do podania narkozy. Nie ukrywam, że mniej więcej po pół godziny od jej połknięcia wyluzowałem jak bym wypił dwa piwa . Byłem w pełni świadomy tego co się dzieje, ale świat widziałem w różowych okularach i chciało mi się gadać (ogólnie to mi się zawsze chce gadać, jednak zanim zażyłem tabletkę byłem spięty wewnętrznie oczekiwaniem na zabieg, przez co, jak na moje możliwości, dość milczący). Ciekawe jest to, że niektórzy pacjenci przekazują sobie niestworzone historie o działaniu tej tabletki i na wszelki wypadek (?!) jej nie zażywają w efekcie czego, gdy jadą korytarzem na salę operacyjną, można ich zobaczyć bladych ze strachu, płaczących i zdenerwowanych do granic wytrzymałości. To przykre doświadczenie, przede wszystkim dla nich, ale i dla innych pacjentów oraz personelu szpitala również. Myślę, że skoro ufamy lekarzom i pozwalamy się im „kroić” to w kwestii tej tabletki też chyba warto im zaufać.

Noc minęła spokojnie, chociaż dość długo nie mogłem usnąć.
W dniu zabiegu obudziłem się około godziny piątej. Byłem lekko podenerwowany, a nawet więcej niż lekko. Chciałem by już się zaczęło coś dziać, czekanie było nieznośne. W końcu przyszła pielęgniarka i przyniosła mi małą tabletkę (taką samą jaką połykałem wieczorem), ponadto kazała mi się rozebrać (skarpetki i majtki pozwolono mi zostawić – jest dzięki temu cieplej w trakcie zabiegu), wskoczyć w gustowne, niebieskie wdzianko (za duża koszula od piżamy, która nie posiada guzików lecz troczki i zakłada się ją tyłem na przód ;-) ) i czekać, aż po mnie ktoś przyjdzie. Przed dziewiątą przyszły dwie pielęgniarki i siostra przełożona czy oddziałowa (tak właściwie to nie wiem jakie zajmowała stanowisko, w każdym razie była ważniejsza od pozostałych), która zapytała czy jestem uczulony na penicylinę, na co ja, zgodnie z prawda odpowiedziałem, że nie wiem. Chyba nie takiej odpowiedzi oczekiwała, bo nieco się skrzywiła na twarzy i przykazała pielęgniarkom, żeby wymienić penicylinę na coś innego i poszła dalej. Panie pielęgniarki zabrały mnie razem z łóżkiem i potoczyły do sali przed-zabiegowej. Jazda po szpitalnym korytarzu zrobiła na mnie wrażenie: te uciekające sprzed oczu lampy na suficie korytarza i świat widziany z dziwnej perspektywy – czułem się jakbym oglądał film (ale to niestety nie był film). W sali przed-zabiegowej podeszła do mnie inna, bardzo miła siostra i powiedziała, że założy mi wenflon i jak się nie będę ruszał, to może jej się uda to zrobić za pierwszym razem (dowcipna dziewczyna). Udało się! Chwila oczekiwania i jazda na salę operacyjną. W połowie drogi przesiadka na łóżko operacyjne (wąskie, twarde i zimne), w końcu parkowanie w miejscu zabiegu. Trochę jeszcze podyskutowałem z bardzo miłymi siostrami (no cóż, nic nie poradzę, że ze mnie taka gaduła) i w pewnym momencie zobaczyłem jak zaczyna mi się rozmazywać obraz przed oczami. Zdążyłem tylko jeszcze zapytać siostry czy to normalne, że mi się ostrość rozjeżdża i usłyszeć odpowiedź: „wszystko w porządku”. Następnie poczułem na twarzy jakiś kawałek przylegającej gumy o specyficznym zapachu. Podniosłem prawą rękę i stwierdziłem, że mam nałożoną maskę. Nie bardzo „kumałem” co jest grane, więc nie podnosząc się z leżenia (czułem się jakoś dziwnie ociężały) zagadnąłem do pielęgniarki, którą słyszałem w pobliżu, czy mogę zdjąć to coś z twarzy. Nie pozwoliła mi. Wtedy zaświtały mi w głowie pytania, których nie omieszkałem w trybie natychmiastowym zadać: „czy już jest po operacji?”, „która jest godzina?” Siostra podeszła do mnie i powiedziała, że już po operacji, podała godzinę i powiedziała, że na twarzy mam maskę z tlenem, którą niedługo mi zdejmie. Po chwili (nie wiem jak długiej, bo poczucie czasu wtedy mi nieco szwankowało) faktycznie zdjęto mi maskę i wywieziono do sali ogólnej. Jak tylko łóżko ze mną opuściło obszar bloku operacyjnego i wtoczyło się na korytarz, jak z podziemi pojawiła się moją uśmiechnięta żona - jej radosna obecność dodała mi skrzydeł.
Przejazdu korytarzem nie pamiętam i całej reszty dnia też nie bardzo. Byłem jeszcze otumaniony. Dopiero późnym popołudniem zacząłem odczuwać pragnienie, narastający ból gardła, karku i prawego ucha. Zostałem uświadomiony, że nie wolno mi nic jeść ani pić oraz podnosić się z łóżka do rana następnego dnia. Na dobranoc (ok. godz. 19) dostałem zastrzyk przeciwbólowy i zasnąłem upewniwszy się wcześniej, że dreny wystające z mojego wnętrza nie wypadną w trakcie snu (siostra zapewniła mnie, że są przyszyte i na pewno nic im się nie stanie, a od jutra będę mógł z nimi spokojnie spacerować).
Ta noc była długa. Obudziłem się gdzieś ok. godz. 23 i nie mogłem zasnąć. Bałem się poruszać na łóżku, bolało mnie w krzyżu oraz karku, chciało mi się pić, a gardło piekło okrutnie. Jakoś jednak w półśnie przetrwałem do godziny 5 rano gdy siostra oznajmiła radośnie: „wstajemy”.
Z niedowierzaniem, zachrypniętym głosem zapytałem: „ja też mogę?”.
Siostra odrzekła: „jak najbardziej”.
„A mogę się już napić?” – zapytałem
„Tak. I proszę zażyć małą białą tabletkę na czczo, a resztę po śniadaniu” – otrzymałem odpowiedź.
Powolutku się podniosłem, powtykałem zbiorniczki od drenów za spodnie i podszedłem do stolika na którym stał bananowy Kubuś. Drżącymi rękami podniosłem butelkę, odkręciłem niepewnie zakrętkę (dobrze, że żona wychodząc wieczorem poluzowała ją bo chyba bym sobie sam nie poradził) i nareszcie mogłem się napić. Tak pysznego napoju nie piłem nigdy w życiu, choć przełykanie stanowiło nie lada problem. Przed godz. 8 była już u mnie moja kochana żoneczka.
Pierwszy dzień po zabiegu był chyba najbardziej meczący. Gardło mnie tak bolało, że miałem problemy z przełykaniem jedzenia, a nawet picia (niektórzy tak mają po intubacji), gdyby nie tabletki przeciwbólowe nie byłbym w stanie nic zjeść. Kark bolał niemiłosiernie (ciężko mu się dziwić skoro dzień wcześniej, w trakcie operacji miałem długi czas głowę nienaturalnie odchyloną do tyłu), a na dodatek uwierał mnie dren za uchem (niby nie bardzo, ale jednak cały czas, co powodowało dyskomfort). Nie mogłem sobie znaleźć wygodnej pozycji w łóżku, w związku z czym, moja żona cierpliwie przekładała mi poduszkę z jednej strony na drugą, podkładała dodatkowa poduszkę, to znowu ją zabierała itd. itd. (prawdę mówiąc to nawet nie przypuszczałem, że potrafi być taka cierpliwa – dzięki żonko; całuski).
Około południa przyszła pani rehabilitantka, która pokazała mojej osobistej pielęgniarce [czyt. żonie] w jaki sposób można zmieniać pozycję łóżka, aby było mi wygodnie (nawet nie wiedziałem, iż łóżko, na którym leżałem miało takie możliwości). Tak więc najwygodniejszą pozycją (przynajmniej na chwilę) okazała się pozycja „zygzaka” (to moja nazwa własna) wyglądająca tak: pięty-dół, kolana-góra, siedzenie-dół, plecy-góra.. Rehabilitantka poinformowała mnie jeszcze, bym spał na plecach lub na boku przeciwległym do ciętego i wstawał przez bok (nie wyobrażałem sobie nawet innej możliwości wstawania, skoro nawet przy przewracaniu się z pleców na bok, głowę ustawiałem sobie rękami, ale przynajmniej potwierdziła właściwość mojego postępowania).
Kolejnego dnia było już coraz lepiej. Ból ustępował (a jak nie chciał to wyganiały go tabletki), głowa była stabilniejsza, a z czasem i dreny zostały wyciągnięte – wziuuut, cmok (kto miał wyciągane dreny wie jaki dźwięk mam na myśli).
Trzeciego dnia po zabiegu siedziałem w autku, a żona wiozła mnie do naszego kochanego domku…
grudzień 2010
Operacja w technice ROLL.
6 XII  - ze względu na wznowę w loży prawego płata tarczycy dostałem skierowanie do szpitala (cóż za specyficzny prezent na Mikołaja, nieprawdaż?) w celu jej usunięcia.
10 XII  - odwiedziłem szpital aby zrobić badania przed przyjęciem. Standardowo sympatyczna pani pielęgniarka pobrała mi 7 próbówek krwi, następnie zrobiono mi EKG, a następnie zostałem przyjęty przez internistę, który po zapoznaniu się z dokumentacją medyczną zaczął standardowy wywiad lekarski. W pewnym momencie padło pytanie o moje serce i jakieś z nim problemy, od słowa do słowa okazało się, że muszę powtórzyć EKG bo to, które zrobiłem nie jest prawidłowe (tzn. wykazuje nieprawidłowość pracy serca). Powtórzone EKG było niestety takie samo jak to pierwsze i w związku z tym internista oświadczył, iż musi skonsultować mój przypadek z kardiologiem, ale dodał, że nie mam się co martwić, gdyż według niego mogę być operowany, jednak musi nad tym czuwać kardiolog. Nie ukrywam, że nieco się podłamałem takim stanem rzeczy, lecz cóż mi pozostało? Tylko czekać…Konsultacja z kardiologiem na szczęście potwierdziła, iż zabieg może się odbyć, ale jak wrócę do domu to mam się skontaktować z kardiologiem w miejscu zamieszkania, ponieważ ujawnił się u mnie zespół preekscytacji. Nie pytajcie co to jest, bo sam zbyt dokładnie tego nie wiem. W każdym razie chodzi o to, że moje serducho nie pracuje do końca tak jak powinno i jest to najprawdopodobniej wrodzona wada serca, która akurat teraz się ujawniła…
13 XII - zostałem przyjęty do szpitala. Przyjęcie, można by rzec, standardowe gdyby nie to, iż ze względu na ujawniony w miniony piątek problem z sercem, pani anestezjolog konsultowała się z kardiologiem oraz już po umieszczeniu na sali odwiedził mnie kardiolog i przeprowadził ze mną wywiad (niestety nie do gazety). Dzień minął dość szybko, tym bardziej, że towarzyszyła mi moja Połowica (zapomniany wyraz, no nie ?) i nie było właściwie czasu na rozmyślanie, chociaż nie ukrywam, iż gdzieś tam w środku szczypał lęk… Wieczorkiem TV do godziny 21, później kąpiel, magiczna tableteczka i… luuuzzzziiik…
14 XII - pobudka około 5. Tableteczka już niezbyt działa, stresik zaczyna się skradać. Przewracam się z boku na bok i czekam… Zaczyna się kolejny dzień z życia szpitala: sprzątanie sali, mierzenie temperatury, wizyta lekarza itp. Dostałem kolejną magiczna tableteczkę, ale z zastrzeżeniem, iż wolno mi ją połknąć dopiero jak wrócę ze znacznikowania. O godz. 8.30 pani pielęgniarka zabiera mnie i pana Rysia do znacznikowania (pan Rysio został przyjęty razem ze mną i też ma mieć operację w technice ROLL).

Technika ROLL polega na tym, iż obszar, który ma być wycięty zostaje zaznaczony poprzez wpuszczenie do niego substancji radioaktywnej (tzw. znacznika). W trakcie zabiegu lekarz wyszukuje specjalnym czujnikiem obszar zaznaczony i go usuwa. Dzięki tej metodzie chirurg ma możliwość zlokalizowania i usunięcia nawet bardzo niewielkich zmian chorobowych.
Tak więc jedziemy na pierwsze piętro i tam czekamy na doktora, który ma się nami zająć. Około 9.30 zjawia się doktor z metalową, maleńka walizeczką i prowadzi nas pod gabinet zabiegowy. Pierwszy wchodzi pan Rysiu i z różnych przyczyn spędza tam około pół godziny, a ja pod gabinetem nerwowo dreptam tam i nazad marząc o maleńkiej tableteczce. W końcu moja kolej. Wchodzę. Kładę się jak do biopsji. Krótka wymiana zdań z doktorem. Długie badanie USG i wbicie igły, tak jak przy biopsji. Następnie wprowadzanie znacznika radioaktywnego w guzka, który ma być usunięty. Nie jest to miłe, trochę boli, ale da się wytrzymać. I tyle. Można wracać na salę i połknąć magiczną tableteczkę. Kilka chwil i jestem wyluzowany. Spokojnie czekam. Trochę drzemię, trochę rozmawiam z żoną (miała przyjść dopiero po operacji, ale ona mnie nie słucha. Eh te kobiety). Około 13.30 jadę na zabieg, a około 17.30 jestem z powrotem na sali.
Nocka jakoś mija. Nie jestem tak obolały jak po pierwszym zabiegu, ale co dwie godziny wpada w odwiedziny pielęgniarka i robi zastrzyk lub odciąga dren lub sam nie wiem co jeszcze, w każdym razie przychodzi zawsze wtedy, gdy w końcu uda mi się zasnąć ;-)
15 XII - jest dobrze, tylko mnie prawie nie słychać. Mówię cichutko i nie swoim głosem. Przyczyna? Porażenie prawego fałdu głosowego. Niestety w trakcie zabiegu został uszkodzony jakiś nerw, na szczęście jednak nie przecięty więc wszystko ma wrócić z czasem do normy. Wskazana konsultacja w poradni foniatrycznej w miejscu zamieszkania.
16 XII - wyciągniecie drenów, wypisik, L4 i już żoneczka wiezie mnie do domciu. Juppi !!! (jak mawia mój syn).
styczeń 2011
Na dzień dzisiejszy, pomimo karuzeli z kontraktami NFZ-u, udało mi się zdobyć terminy do specjalistów i czekam na wizytę u foniatry i kardiologa.
Głos powoli wraca do formy – rano jest całkiem nieźle, ale wieczorem chrypię jak Safari w fiacie 125 (kto ma trochę więcej lat niż moja kochana żona to wie o czym mówię…)
maj 2012
Operacja usunięcia węzłów chłonnych szyi i śródpiersia.
Taki piękny widok miałem z okna.
Myślałem, że jadę do Zakopca na badanie EBUS/EUS, po wykonaniu którego wrócę do domu najpóźniej następnego dnia, a za kilka dni pojadę poznać wynik. Okazało się być jednak inaczej. Po badaniu oznajmiono mi, iż wynik z opisem będzie za dwa dni i wówczas zostanie podjęta decyzja co robimy dalej.
"Zmroziło mnie", takiego obrotu sprawy nie przewidywałem. Owszem wiedziałem, iż bardzo prawdopodobnym jest, że będę miał kolejną operację, jednak nie przypuszczałem, że tak szybko może to nastąpić. Z jednej strony bardzo dobrze, bo im szybciej tym lepiej, jednak z drugiej strony nie tak to sobie zaplanowałem. (...) Wynik badania okazał się być "dobry" (cokolwiek to znaczyło dla lekarzy) i w związku z tym wyznaczono mi termin operacji za trzy dni. Aby nie było zbyt lajtowo to w dniu poprzedzającym zbieg termin został przesunięty o jeszcze jeden dzień. Jednak koniec końców operacja została przeprowadzona i po trzynastu dniach spędzonych w szpitalu wróciłem do domu. W trakcie operacji chirurdzy wydziobali mi kilka węzłów chłonnych, a wśród nich te, które świeciły na pecie. Teraz pozostaje mi więc szybko się zrastać i czekać na pooperacyjne wyniki hispat.
Jako ciekawostkę napiszę jeszcze, iż zabieg miałem około południa w piątek, a już w sobotę przed południem wyciągnięto mi szwy, dokładnie oczyszczono okolice cięcia, a następnie pani pielęgniarka posmarowała je klejem o zapachu bataprenu i poprzyklejała kawałki gazy (przynajmniej tak to wyglądało). Taki opatrunek mam nosić dotąd, aż sam odpadnie, tylko w czasie brania prysznica mam starać się go zbytnio nie namaczać aby nie odpadł za wcześnie.

środa, 21 sierpnia 2013

Leczenie chirurgiczne raka tarczycy - cz. 1

Zgodnie z aktualnymi zaleceniami leczenie raka tarczycy opiera się na tyreoidektomii (całkowitym wycięciu tarczycy) i operacji węzłów chłonnych. Jedynie w raku brodawkowatym, w którym występuje jedno ognisko raka i jest ono mniejsze od 1 cm oraz nie występują przerzuty, można zaakceptować operację o mniejszym zakresie. Zasadniczo w leczeniu operacyjnym lekarze kierują się zasadą wzrastającej rozległości operacji przy rosnącym zaawansowaniu nowotworu złośliwego, dlatego w trakcie operacji wykonywana jest śródoperacyjna obustronna biopsja chirurgiczna węzłów bocznych szyi. Między innymi to właśnie na jej podstawie jest podejmowana decyzja czy operacja obejmie jedynie węzły chłonne przedziału środkowego szyi (przedkrtaniowe, przedtchawiczne, okołotchawiczne i okołotarczycowe) czy będzie miała rozszerzony zakres.
W Rekomendacjach z IV konferencji "Rak Tarczycy" (2010 r.) pojawia się stwierdzenie, iż "Zabieg całkowitego wycięcia tarczycy z powodu raka powinien być wykonywany tylko w wyspecjalizowanych ośrodkach, dysponujących odpowiednim doświadczeniem operacyjnym i zapleczem diagnostycznym. Można przyjąć, że takie doświadczenie wymaga nie mniej niż 50 operacji raka w ciągu roku." 
Po przeczytaniu tych dwóch mądrych zdań "zapala mi się czerwona lampka". Wszystko pięknie, tylko czy istnieje jakiś wykaz takich ośrodków? Jak w praktyce jest realizowane to zalecenie? Czy pacjent, w ogóle ma sobie zaprzątać głowę tym tematem? Może wszystkie szpitale znają doskonale te zalecenia i jeżeli nie mają odpowiedniego doświadczenia i zaplecza to nie podejmą się wykonania takiego zabiegu lub wyraźnie poinformują pacjenta o tym fakcie? Nie wiem. A chciałbym wiedzieć, podobnie jak wielu innych pacjentów którym np. zdarzyło się usłyszeć, iż ze względu na wyczerpanie limitów na dany rok muszą poczekać na zabieg ponad pół roku lub poszukać innego szpitala, w którym będzie krótszy czas oczekiwania. Nie wiem, ale się dowiem! Poczyniłem już w tym kierunku pewne kroki i czekam na odpowiedź. Jak tylko coś będę wiedział konkretnego to zaktualizuję ten wpis.

Zakres diagnostyki przed leczeniem operacyjnym obejmuje:
- wywiad
- badanie palpitacyjne (badanie za pomocą dotyku, popularnie zwane obmacywaniem)
- badanie USG szyi obejmujące zarówno tarczycę jak i węzły chłonne
- biopsję aspiracyjną cienkoigłową (BAC) tarczycy (czasami również węzłów chłonnych)
- badanie RTG klatki piersiowej w dwóch projekcjach
- badanie laryngologiczne w celu oceny funkcji strun głosowych
- badania laboratoryjne krwi i moczu
- badanie EKG i pomiar ciśnienia tętniczego krwi
W szczególnych przypadkach diagnostyka może zostać rozszerzona (np. o tomografię komputerową).
Uwaga praktyczna: 
Jeżeli coś wzbudza nasz niepokój lub wątpliwości, należy o tym koniecznie powiedzieć lekarzowi. W trakcie rozmowy z lekarzem pacjent ma prawo zadawać pytania i oczekiwać, iż uzyska na te pytania zrozumiałe odpowiedzi.

Operacja przeprowadzana jest w znieczuleniu ogólnym. Standardowo nie powoduje znaczącej utraty krwi i nie wymaga transfuzji krwi. Zabieg zwykle trwa od jednej do dwóch godzin. Wycięte tkanki są przekazywane do badania histopatologicznego w celu ustalenia typu nowotworu oraz oceny jego zaawansowania - tylko badanie histopatologiczne materiału pooperacyjnego może z całą pewnością potwierdzić lub wykluczyć rozpoznanie wstępne.

Czas pobytu w szpitalu jest uzależniony od wielu czynników; w wersji optymistycznej: poniedziałek - przyjęcie,  wtorek - operacja,  piątek - wypis.

Podobnie jak przy wszystkich innych operacjach, również w operacji usunięcia tarczycy istnieje ryzyko wystąpienia takich powikłań jak infekcja czy krwotok. Ponadto mogą (choć wcale nie muszą!) pojawić się powikłania specyficzne dla tego zabiegu. Do najczęstszych powikłań tego typu należą: porażenie nerwu krtaniowego wstecznego i niedoczynność przytarczyc. Zdarza się również (bardzo rzadko) porażenie nerwów splotu barkowego. Powikłania mogą mieć charakter przemijający lub trwały.
Zalecane jest by przez jakiś czas po zabiegu prowadzić oszczędny tryb życia. Docelowo jednak, przy braku powikłań, powraca się do pełnej sprawności fizycznej. O szczegóły w tym temacie najlepiej zapytać lekarza podczas wypisu, a następnie podczas wizyty kontrolnej (zazwyczaj miesiąc od wypisu odbywa się konsultacja chirurgiczna). Lekarz znający konkretny przypadek jest najbardziej właściwą osobą do decydowania o tym co dany pacjent może już robić, a czego jeszcze nie powinien.
Na zakończenie tego wpisu jeszcze kilka sów o bliźnie pooperacyjnej.
Kształt blizny może być różny. W przypadku usunięcia samej tarczycy pozostaje tylko "uśmieszek" w dolnej części szyi , a jeżeli dochodzi jeszcze do usunięcia bocznych węzłów chłonnych szyi, to "uśmieszek" może przemienić się w "J", a nawet "U" od ucha do ucha. Ale spokojnie! Zazwyczaj zostaje jednak mały "uśmieszek". Blizna z czasem ewoluuje. Z moich obserwacji wynika, iż jej wygląd może ulegać zmianie nawet na przestrzeni dwóch lat. Jej widoczność, szerokość, długość i wypukłość zależą od takich czynników jak: rozległość zabiegu operacyjnego, doświadczenie chirurga, sposób zamknięcia rany i czynniki indywidualne. I choć internetowe fora dyskusyjne pełne są "dobrych i jeszcze lepszych" rad jak pozbyć się blizny, a reklamy proponują super skuteczne środki, po których blizny znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przestrzegam przed pochopnymi działaniami. Nie ma bowiem jednego uniwersalnego sposobu na likwidację blizn. Skóra każdego człowieka ma swoje indywidualne właściwości i predyspozycje. To co jednej osobie pomaga u drugiej może wywoływać podrażnienia skóry. U części osób skóra na ranie pooperacyjnej samoistnie zrasta się gładko, a inne osoby mają skłonności do tworzenia się bliznowca (keloidu). Tak więc nie ma złotego środka na uczynienie blizny niewidoczną. Pewnym jest tylko to, że dopóki rana się dokładnie nie zagoi to nie należy jej smarować żadnym maściami (chyba, że lekarz zaleci inaczej) i trzeba unikać jej nadmiernego moczenia. A wszelkie ewentualne problemy polegające na tworzeniu się nieładnej blizny najlepiej konsultować z lekarzem dermatologiem (nie potrzeba skierowania).

Lektura uzupełniająca:
Dla szczególnie zainteresowanych tematyką znieczulania polecam: http://www.znieczulenie.org.pl

AKTUALIZACJA - 02 listopada 2013 r.
Do dnia dzisiejszego udało mi się ustalić tylko tyle, iż nie istnieje (niestety) żaden wykaz (lista) ośrodków leczniczych, które posiadają odpowiednie doświadczenie w wykonywaniu operacji usunięcia tarczycy z powodu raka. Tak więc chyba pozostaje nam (pacjentom) mieć nadzieję, że lekarze znają zalecenia i podejmując się wykonania zabiegu, dysponują "odpowiednim doświadczeniem i zapleczem diagnostycznym"...
Nadal jednak czuję niedosyt informacji w tym temacie, dlatego pozostawiam go otwartym.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Klasyfikacja TNM

Jednym z istotnych  czynników mających wpływ na  wybór sposobu (taktyki) leczenia choroby nowotworowej jest stopień jej zaawansowania czyli to jak bardzo choroba się rozprzestrzeniła. Znaczące jest to czy nowotwór znajduje  się tylko w  tarczycy, czy przekroczył granice  tego narządu i nacieka na okoliczne  struktury.  A także  to, czy występują przerzuty czyli, czy komórki  nowotworowe znajdują się również w węzłach chłonnych oraz w innych narządach (np. płucach, wątrobie, kościach).
Ocena zaawansowania raka tarczycy zapisywana jest przy pomocy klasyfikacji TNM, a prowadzona jest na kolejnych etapach diagnostyki i leczenia :
- przedoperacyjnie (ocena metodami klinicznymi) - cTNM  /ang. clinical/
- pooperacyjnie (na podstawie badania histopatologicznego) - pTNM  /ang. pathological/ 
- końcowo (po rozszerzonej diagnostyce metodami medycyny nuklearnej i diagnostyki obrazowej, po przeprowadzeniu leczenia uzupełniającego jodem promieniotwórczym i uwzglednieniu wyników scyntygrafii poterapeutycznej) - yTNM

Skrót TNM pochodzi od pierwszych liter wyrazów:
Tumor - wielkość guza pierwotnego
Nodules - obecność przerzutów w węzłach chłonnych
Metastates - obecność przerzutów odległych (przerzutów do innych narządów niż węzły chłonne)

Klasyfikacja TNM stanowi precyzyjny, jednolity system oceny zaawansowania choroby, a została wprowadzona by ułatwić komunikację między lekarzami. W praktyce jednak korzystają z niej również pacjenci, którzy nie zawsze do końca rozumieją to narzędzie dlatego zwracam uwagę, że dla każdego rodzaju nowotworu klasyfikacja TNM (ze względu na odmienne warunki anatomiczne oraz inną dynamikę rozwoju choroby) wygląda zupełnie inaczej, a klasyfikacja TNM, o której piszę w tej notatce odnosi się tylko do raków tarczycy! Ponadto należy wiedzieć, że co kilka lat, wraz z postępami w zakresie diagnostyki i leczenia chorób nowotworowych, wprowadzane są zmiany w klasyfikacji TNM i korzystając z niej należy wiedzieć, która wersja posłużyła do ustalenia stopnia zaawansowania w konkretnym przypadku.
Obecnie, zgodnie z "Diagnostyka i leczenie raka tarczycy - rekomendacje polskie" z 2010 roku, obowiązuje klasyfikacja TNM - aktualizacja UICC z 2009 r.
Uwaga! W przypadku występowania więcej niż jednego guza pierwotnego, o cesze T decyduje średnica największego ogniska, a wieloogniskowość jest określana literą m.

Bibliografia kliknij TUTAJ

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Sposoby postępowania z nowotworami złośliwymi tarczycy.

Leczenie raka tarczycy opiera się na całkowitym wycięciu tarczycy i odpowiednim, do zaawansowania choroby, zakresie operacji węzłów chłonnych. Po usunięciu tarczycy konieczne jest podawanie pacjentom L-tyroksyny w celu uzupełniania istniejących niedoborów hormonalnych (leczenie substytucyjne), jedak w przypadku raków zróżnicowanych, aby zmniejszyć ryzyko nawrotu choroby wynikające z faktu, iż TSH jest czynnikiem wzrostowym dla komórek rakowych  stosuje się dawki supresyjne L-tyroksyny. Supresyjne tzn. takie, które mają obniżyć TSH do jak najniższego poziomu, jednak nie powodujących jeszcze objawów nadmiaru hormonów tarczycy. Hormonalne leczenie L-tyroksyną będę bardziej szczegółowo opisywał w kolejnych postach (podobnie jak pozostałe wymienione w tej notatce metody leczenia raka tarczycy).
Następnym etapem leczenia raków zróżnicowanych jest terapia jodem radioaktywnym (u chorych na raka rdzeniastego oraz anaplastycznego nie ma wskazań do takiego leczenia). Teleradioterapia (tzw. naświetlania) znajduje natomiast zastosowanie w leczeniu wszystkich typów raka tarczycy; ale nie we wszystkich jego przypadkach. Leczenie jodem promieniotwórczym jak i teleradioterapia mogą być stosowane zarówno jako leczenie uzupełniające, radykalne bądź paliatywne.
W rakach zróżnicowanych oraz raku rdzeniastym tarczycy nie ma udokumentowanych naukowo wskazań do stosowania chemioterapii. Osoby z rozsianą i postepującą chorobą powinny być włączane do kontrolowanych badań klinicznych, bowiem zastosowanie leków celowanych molekularnie może przynieść nowe możliwości leczenia raka tarczycy. W przypadku raka anaplastycznego chemioterapia bywa stosowana, niestety jednak nie przynosi zadawalających efektów.
Gdy rozpoznanie przedoperacyjne wskazuje na pierwotnego chłoniaka tarczycy lub przerzut innego nowotworu, konieczna jest dalsza diagnostyka i wielodyscyplinarna decyzja kliniczna przed podjęciem leczenia operacyjnego. W pierwotnym chłoniaku tarczycy wskazania do leczenia operacyjnego nie są jednoznacznie ustalone, a operacja nie poprawia rokowania odległego, stąd  radioterapia i chemioterapia stanowią  podstawę leczenia w takim przypadku.
Bibliografia kliknij TUTAJ  

UAKTUALNIENIE: 
Rak anaplastyczny tarczycy cały czas pozostaje bardzo trudny do leczenia, jednak naukowcy nie zaprzestają poszukiwań nowych rozwiązań. FDA zatwierdziła równoległą terapię dabrafenibem i trametinibem w leczeniu anaplastycznego raka tarczycy, więcej szczegółów tutaj.

poniedziałek, 20 maja 2013

Światowy Dzień Tarczycy.

Tym, którzy wiedzą: przypominam, a tych, którzy nie wiedzą informuję:

25 maja obchodzony jest Światowy Dzień Tarczycy

w związku z tym wydarzeniem w niektórych miastach są organizowane bezpłatne badania TSH i/lub konsultacje endokrynologiczne. Myślę, że warto skorzystać z okazji i zbadać swoją tarczycę.
Do objawów, które mogą świadczyć o problemach z tarczycą należą: przewlekłe zmęczenie i senność występujące bez wyraźnej przyczyny, nadpobudliwość, nerwowość, zmiana masy ciała, nietolerancja zimna, sucha skóra kolan i łokci, łamliwe włosy, nadmierne pocenie się, powiększona tarczyca lub guzki na szyi. 

wtorek, 30 kwietnia 2013

Nowotwory złośliwe tarczycy.


Nowotwory złośliwe tarczycy zalicza się do grupy nowotworów rzadko występujących, a większość z nich to raki zróżnicowane o mało agresywnym przebiegu i dobrym rokowaniu. Należy jednak bezwzględnie pamiętać, że im wcześniej zostanie ustalone rozpoznanie, tym większa jest szansa zastosowania skutecznego leczenia; dotyczy to zarówno tych mniej, jak i tych bardziej agresywnych nowotworów.


 Nowotwory złośliwe tarczycy możemy ogólnie podzielić na: 
1. Raki zróżnicowane:
     1.1. Rak brodawkowaty /łac. carcinoma papillare/
     1.2. Rak pęcherzykowy /łac. carcinoma folliculare/
2. Rak anaplastyczny (niezróżnicowany) /łac. carcinoma anaplasticum/
3. Rak rdzeniasty /łac. carcinoma medullare/
4. Chłoniak /łac. lymphoma/
5. Przerzut /łac. metastasis/ do tarczycy nowotworu złośliwego z innego narządu (guz wtórny)
Należy mieć świadomość, iż mogą występować różne odmiany powyżej wymienionych nowotworów, jednak stosowanie powyższego podziału jest, moim zdaniem, wystarczające aby móc rozpocząć świadomą rozmowę o nowotworach złośliwych tarczycy.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Nowotwór to rak? - I nie i tak!

Bardzo często określenie nowotwór jest w języku potocznym zamiennie stosowane z określeniem rak.
Czy aby na pewno jest to właściwe? Czy są to określenia tożsame? Nie! Tak jak prostokąt nie jest kwadratem, chociaż w szczególnym przypadku może nim być.
Ale może najlepiej od początku:
Człowiek składa się z trudnopoliczalnej (olbrzymiej) ilości komórek, które wywodzą się z jednej, jedynej komórki powstałej w wyniku połączenia (w trakcie zapłodnienia) komórki jajowej z plemnikiem. Od chwili powstania komórka ta zaczyna się dzielić. Powstają z niej dwie komórki potomne, które też się dzielą, w wyniku czego powstają cztery komórki, które dzielą się dalej. Powstałe na tej drodze komórki, oddziałując na siebie wzajemnie, zaczynają się różnicować i specjalizować. Przyjmują charakterystyczną budowę i funkcję, organizują się, tworząc poszczególne tkanki, narządy by w końcu stać się całym organizmem.
W ciagu życia wszystkie komórki starzeją się i obumierają dlatego jednym z warunków utrzymania się organizmu przy życiu jest wytwarzanie komórek je zastępujących, tzn. spełniających taką samą rolę w danym narządzie. Rozmnażanie komórek podlega oczywiście ścisłej kontroli i jest uzależnione od potrzeb organizmu jak i pewnego porządku morfologicznego, typowego dla każdego osobnika (jest on przyczyną, iż stale mamy taki sam wygląd). Proces ten przebiega nieustannie i może się zdażyć, że w przypadku kolejnych odwzorowań pojawi się usterka. Powstanie nieprawidłowa (zmutowana) komórka, która zatraciła swoje charakterystyczne cechy funkcjonalne lub morfologiczne. Nie jest to jednak nic nadzwyczajnego, jest to naturalne dlatego też istnieją w naszym organizmie naturalne mechanizmy eliminujące wadliwe komórki. Nasz układ odpornościowy (immunologiczny) rozpoznaje nieprawidłowe komórki i za pośrednictwem komórek żernych (limfocytów oraz makrofagów) niszczy je. Może jednak zaistnieć sytuacja, w której układ odpornościowy jest mocno osłabiony i wówczas zdefektowane komórki mogą przetrwać. Może się również zdażyć, że komórka zmutuje w taki sposób, iż nie podlega naturalnym mechanizmom regulacyjnym organizmu. W obu przypadkach następnym krokiem jest "samodzielne" (niekontrolowane przez nasz organizm) życie i rozmnażanie nowych, nieprawidłowych  komórek w wyniku czego powstaje nowotwór.
Nowotwory dzielimy na niezłośliwe (łagodne) i złośliwe.
Nowotwór niezłośliwy (zwany również "łagodnym", a dawniej nawet "dobrotliwym") rośnie tylko miejscowo. Może znacznie zwiększać swoją objętość, odpychając otaczające go narządy, ale nie wnika w nie. Posiada wyraźne granice i jego komórki nie posiadają zdolności do migracji po organizmie oraz tworzenia przerzutów. Wycięcie guza niezłośliwego doprowadza do całkowitego wyleczenia. Problemem może być ewentualnie lokalizacja nowotworu powodująca trudności w wykonaniu operacji usunięcia guza. Warto wiedzieć, że niektóre nowotwory łagodne są uznawane za stany poprzedzające powstanie nowotworu złośliwego, dlatego wszystkie zmiany usuwane chirurgicznie muszą być poddane badaniu histopatologicznemu (pod mikroskopem), które potwierdzi (lub podda w wątpliwość) niezłośliwość usuniętej zmiany.
Nowotwór złośliwy oprócz niekontrolowanego przez organizm wzrostu charakteryzuje się zdolnością naciekania na sąsiadujące komórki (tworzące tkankę narządu, z którego się wywodzi lub narządu będącego w bezpośrednim sąsiedztwie) oraz tworzeniem przerzutów. Naciek nowotworowy powstaje poprzez wnikanie komórek nowotworowych w przestrzenie tkankowe sąsiadujące z guzem. Powoduje to, że miejsce, w którym dawniej były zdrowe, prawidłowo działające komórki, staje się niesprawne; przestaje spełniać swoją funkcję. Przerzut natomiast powstaje poprzez oddzielenie się zmutowanych komórek od ogniska pierwotnego i przedostanie się ich drogą krwionośną lub chłonną do miejsc odległych (od guza pierwotnego), "zagnieżdżeniu się" w nowym miejscu organizmu, niekontrolowanym namnażaniu i w konsekwencji stworzeniu nowego guza (czyli nowego ogniska pierwotnego nowotworu złośliwego).
Są różne rodzaje nowotworów złośliwych, a ich najprostrzy podział tworzymy biorąc pod uwagę tkankę, z jakiej się wywodzą. Tak więc wyróżniamy: czerniaki, glejaki, mięsaki, guzy z tkanek zarodkowych, chłoniaki, raki i białaczki. Jak z tego widać rak jest tylko jednym z możliwych rodzajów nowotworu złośliwego; jest nowotworem złośliwym wywodzącym się z tkanki nabłonkowej.

Bibliografia kliknij TUTAJ