sobota, 4 stycznia 2014

Leczenie jodem promieniotwórczym - cz. 1

Leczenie jodem promieniotwórczym (jodem 131) jest wskazane tylko u chorych na zróżnicowane raki tarczycy (ZRT); nie ma wskazań do stosowania takiego leczenia w przypadku raka rdzeniastego oraz anaplastycznego. I chociaż terapia ta stosowana jest bardzo często w leczeniu ZRT, nie oznacza to wcale, iż u każdej osoby chorej na zróżnicowanego raka tarczycy musi być wprowadzona. To lekarz, na podstawie rozpoznania i wyników badań, decyduje czy w konkretnym przypadku celowe jest zastosowanie leczenia jodem 131, a jeżeli tak, to w jakim zakresie ma zostać ono przeprowadzone. 

Celem leczenia jodem radioaktywnym jest:
- ablacja tarczycy, czyli zniszczenie resztek tarczycy, które w niewielkich ilościach, często pozostają po leczeniu chirurgicznym.
- zniszczenie mikroognisk raka, które mogą się znajdować w loży tarczycy i lokalnych węzłach chłonnych.
- zniszczenie ewentualnych przerzutów odległych.

Wyróżnia się trzy rodzaje leczenia jodem 131 (I-131):
1. Leczenie uzupełniające, które przeprowadza się u pacjentów po operacji całkowitego wycięcia tarczycy, u których po przeprowadzonym leczeniu chirurgicznym nie stwierdza się cech choroby nowotworowej. Celem tego leczenia jest zniszczenie resztkowych komórek tarczycy (pozostałych po leczeniu operacyjnym) oraz sterylizacja ewentualnych mikroognisk  raka, których nie stwierdza się, wykonując  inne badania.
W tym miejscu stawiam pytanie, które rodzi się w głowach wielu pacjentów:
Po co niszczyć resztki tarczycy? Czy to nie jest raczej efekt uboczny radiojodu?
I od razu odpowiadam: ablacja resztkowych komórek tarczycy jest jak najbardziej celowa. Efektem tej terapii jest umożliwienie dokładnego monitorowania dalszego przebiegu choroby za pomocą oznaczania tyreoglobiny (białka produkowanego zarówno przez zdrowe jak i nowotworowe komórki tarczycy), a także zwiększenie czułości badania scyntygraficznego przy użyciu I-131 (po ablacji może się ujawnić jodochwytność przerzutów odległych, które na ogół słabiej gromadzą jod niż prawidłowe komórki tarczycy).
Leczenie jodem radioaktywnym może także stanowić uzupełnienie operacji niecałkowitego wycięcia tarczycy w przypadku gdy istnieją przeciwwskazania do wtórnego całkowitego wycięcia tarczycy lub pacjent nie wyraża na nie zgody.
2. Leczenie radykalne, które przeprowadzane jest u chorych z obecnymi przerzutami odległymi, gromadzącymi jod w wystarczającym stopniu, aby dawka pochłoniętej energii jonizującej miała działanie sterylizujące (niszczące przerzuty); ma to miejsce w przypadku gdy żaden z przerzutów nie przekracza 1 cm średnicy i wszystkie są jodochwytne.
3. Leczenie paliatywne, stosowane u pacjentów, u których stwierdzony jest nieoperacyjny guz pierwotny, nieoperacyjna wznowa miejscowa lub obecność przerzutów odległych gromadzących jod w stopniu niewystarczającym, aby dawka pochłoniętej energii miała działanie sterylizujące. Celem takiego leczenia jest zmniejszenie objętości guza i spowolnienie rozwoju nowotworu oraz złagodzenie objawów choroby (duszności, bólu).

Optymalny czas do przeprowadzenia leczenia jodem promieniotwórczym, zgodnie z Rekomendacjami Polskiej Grupy do spraw Nowotworów Endokrynnych, to 4 tygodnie po zakończonym leczeniu operacyjnym. Wtedy zazwyczaj rana jest już zagojona, ustąpił obrzęk pooperacyjny, obniżyło się stężenie tyreoglobiny oraz ustąpiły bezpośrednie i przejściowe powikłania pooperacyjne. Niemniej terapia przeprowadzona do 3 miesięcy po zabiegu chirurgicznym jest uznawana za leczenie szybkie, a dopiero jeżeli okres ten przekracza rok od operacji mówi się, iż jest to leczenie opóźnione. Jeżeli po roku od leczenia operacyjnego chory nadal pozostaje w remisji (mimo, że nie był poddany terapii jodem 131 po zabiegu chirurgicznym) wskazania do przeprowadzenia leczenia uzupełniającego stają się wątpliwe.

Bezwzględnym przeciwwskazaniem do leczenia radiojodem jest:
1. Ciąża - u pacjentek płodnych należy ją wykluczyć wykonując test ciążowy. Przeprowadzenie leczenia z użyciem jodu 131 u kobiety ciężarnej (np. nieświadomej tego faktu) nie jest wskazaniem do przerwania ciąży.
2. Karmienie piersią - odstęp między zakończeniem karmienia piersią, a leczeniem izotopowym powinien wynosić nie mniej niż 3 tygodnie.

Przygotowanie do leczenia izotopem jodu.
Aby terapia była w ogóle możliwa, komórki rakowe oraz ewentualnie pozostałe po operacji chirurgicznej fragmenty tarczycy, muszą być "głodne" jodu. Stan taki uzyskuje się na dwa sposoby; o tym, który w przypadku konkretnego pacjenta będzie zastosowany decyduje lekarz.
Pierwszy sposób (preferowany przy leczeniu uzupełniającym) polega na wstrzyknięciu pacjentowi domięśniowo a-tyreotropiny w dwa kolejne dni poprzedzające podanie jodu promieniotwórczego. Niewątpliwą zaletą tego rozwiązania jest fakt, iż pacjent nie musi przed jodoterapią przerywać stosowanego leczenia L-tyroksyną (niektóre ośrodki zalecają odstawienie hormonu na 4 dni przed hospitalizacją) i w związku z tym nie jest narażony na wystąpienie objawów niedoczynności tarczycy. Ponadto zastosowanie rekombinowanego TSH (a-tyreotropiny) zmniejsza ekspozycję tkanek zdrowych na promieniowanie jonizujące.
Drugim rozwiązaniem (rutynowo stosowanym w przypadku leczenia przerzutów) jest zastosowanie 4-6 tygodniowej przerwy w stosowaniu tyroksyny. W czasie pierwszych
2-4 tygodni pacjent przeważnie otrzymuje trijodotyroninę, która ma krótszy okres półtrwania w organizmie niż tetrajodotyronina (tyroksyna). Przez ostatnie dwa tygodnie przed jodowaniem pacjent musi odstawić wszystkie hormony tarczycy. Odstawienie hormonu może powodować złe samopoczucie pacjenta (mogą się pojawić objawy typowe dla niedoczynności tarczycy), choć nie jest to regułą. 
Warunkiem dopuszczenia do leczenia jodem 131 jest osiągniecie stężenia TSH w krwi pacjenta na poziomie co najmniej 20-30 jm./l.
Na dzień dzisiejszy brak jest danych, które pozwalałyby ocenić, czy przy obecnym stanie podaży jodu w Polsce niezbędnym jest stosowanie diety nisko jodowej przez pacjenta przed przystąpieniem do leczenia I-131. Jednak mając na uwadze fakt, że w następstwie krótkotrwałego niedoboru jodu w organizmie zwiększa się zdolność komórek (zarówno zdrowych jak i nowotworowych) tarczycy do gromadzenia jodu radioaktywnego, warto na 2 tygodnie przed terapią ograniczyć jod w diecie (należy unikać m.in.: owoców morza, soli jodowanej, kapusty kiszonej...), a także nie stosować leków oraz kosmetyków zawierających jod.

Bibliografia kliknij TUTAJ

sobota, 21 grudnia 2013

Co zabrać do szpitala, czyli szpitalny survival.

Jak już wcześniej pisałem, podstawowym sposobem pozbywania się raka tarczycy jest zabieg chirurgiczny.

W zależności od typu i zaawansowania nowotworu zabieg może być mniej lub bardziej rozległy, jednak tak czy inaczej osoba chora zmuszona jest do spędzenia kilku (kilkunastu) dni w szpitalu. W związku z tym może pojawić się pytanie: Co ze sobą zabrać do szpitala? 
Poniżej odpowiadam na to pytanie i dodatkowo zamieszczam swoje przemyślenia na temat postawy jaką, moim zdaniem, warto przyjąć wobec faktu przebywania w szpitalnej gościnie.

Do szpitala koniecznie zabieramy:
1. dowód osobisty
2. leki, które przyjmujemy na stałe - np. na ciśnienie, cukrzycę, tarczycę itp.
3. aktualną dokumentację medyczną
4. termometr elektroniczny - w niektórych szpitalach jest na wyposażeniu, ale nie we wszystkich
5. łyżkę, widelec, nóż - zupełnie o nich zapomniałem jak pierwszy raz szedłem do szpitala
6. kubek do picianiektórzy preferują termokubek
7. ściereczkę kuchenną - można nią np. owijać sztućce
8. ręcznik papierowy 
9. papier toaletowy
10. chusteczki nawilżane do mycia ciała i twarzy - zaraz po zabiegu trudno myć się w łazience, a odświeżenie przy pomocy chusteczek może zdecydowanie poprawić samopoczucie. UWAGA! Przed zastosowaniem w szpitalu należy sprawdzić w domowym zaciszu czy nie jest się uczulonym na takie chusteczki!
11. pantofle i klapki pod prysznic - podczas swojego pierwszego pobytu w szpitalu nie miałem klapek i bardzo tego żałowałem
12. bieliznę, skarpetki, szlafrok, piżamę - koniecznie z górą rozpinaną, a nie wciąganą przez głowę bo jak po operacji człowiek się budzi ze świeżymi "cięciami" i podpiętymi drenami, to ubranie koszuli okazuje się być czynnością dość skomplikowaną
13. ciepłą bluzę rozpinaną, bezrękawnik - przydają się w zimniejszych miesiącach bo w szpitalu niby ogólnie gorąco, ale na korytarzach bywa zimno
14. ładowarkę do telefonu komórkowego - oczywiście przy założeniu, że zabieramy telefon komórkowy, tu uwaga: telefon komórkowy jest bardzo przydatny ale proszę pamiętać o ściszeniu dźwięków...
15. wodę mineralną - według mnie, najwygodniej tę w butelkach 0,5l lub 0,7l
16. przybory kosmetyczno-higieniczne, ręcznik - to oczywiste, ale czasem o rzeczach najbardziej oczywistych można zapomnieć
17. dane pracodawcy - do wystawienia zwolnienia lekarskiego

Dodatkowo możemy też zabrać:
a) małą poduszeczkę - sprawia, iż łóżko szpitalne staje się bardziej przyjazne, ale uwaga: nie w każdym szpitalu jest to dozwolone.
b) książkę do czytania - raczej lekką i przyjemną, bo na większy wysiłek intelektualny raczej trudno się zdobyć gdy w głowie wirują myśli o chorobie
c) słuchawki do telefonu - aby móc posłuchać np. radia nie przeszkadzając innym
d) kartkę i długopis - do zapisywania złotych myśli lub gry w okręty
e) karty do gry, szachy itp. - może znajdzie się jakiś towarzysz niedoli, który zechce zagrać
f) kawę, herbatę, cukier - szczególnie ważne dla tych, którzy nie wyobrażają sobie dnia bez filiżanki kawy :-)

UWAGA:
W przypadku pobytu w szpitalu na oddziale zamkniętym (np. w trakcie terapii jodem radioaktywnym) powyższy spis nie znajduje zastosowania praktycznego! W takiej sytuacji należy skonsultować swój ekwipunek z konkretną jednostką medyczną, w której będzie się przebywało. Zazwyczaj zalecane jest jego maksymalne zminimalizowanie ;-)

Gdy już mamy wszystko co potrzebne pozostaje nam pamiętać, że:
1. W szpitalu ilu pacjentów tylu lekarzy więc nie należy zbyt uważnie wsłuchiwać się w zalecenia wszystkich życzliwych leżących bądź spacerujących w pobliżu. Każdy przypadek jest inny i chociaż może nazywać się zupełnie tak samo jak Twój wcale nie oznacza to, iż musi być tak samo leczony dlatego zdecydowanie zalecam unikać porównywania się do innych i sugeruję skupić się na powracaniu do zdrowia. ZDROWIENIE - to ma być cel Twojego pobytu w szpitalu!
2. W szpitalu ludzie przede wszystkim zdrowieją, ale są też tacy, którzy w tym miejscu kończą swoją ziemską wędrówkę. Musisz o tym pamiętać by nie przerazić się gdy zdarzy Ci się zetknąć ze śmiercią któregoś z pacjentów. Nastaw się również, że możesz spotkać osoby po różnych skomplikowanych zabiegach. Osoby np. bez oka, bez ręki, z rozległymi bliznami lub z rurkami wystającymi z nosa. Niech Cię to nie przeraża. Ci wszyscy ludzie walczą o to samo co Ty - o życie. Jesteście zawodnikami grającymi w jednej drużynie, drużynie, która musi zwyciężyć.
3. W szpitalu należy dobierać sobie odpowiednie towarzystwo do rozmowy. Unikaj osób narzekających, płaczących, zrezygnowanych - bo Cię przytłoczą swoim pesymizmem. Z nimi oczywiście trzeba rozmawiać i pomagać im odnajdywać siły do walki, ale póki co zostaw to innym, bardziej doświadczonym, a sam otocz się optymistami. Zdziwisz się jak wielu ludzi przepełnionych wolą walki i nadzieją na wyzdrowienie znajdziesz wśród pacjentów - dołącz do nich. Pamiętaj, że normą dla Ciebie ma zawsze być nadzieja i wola walki.
4. W szpitalu każdego dnia będziesz miał kontakt z pielęgniarkami i salowymi, wyrób w sobie nawyk życzenia im rano dobrego dnia i uśmiechania się do nich. Zobaczysz o ile jest sympatyczniej gdy rozsiewa się życzliwość wokół siebie.
5. PAMIĘTAJ! Pobyt w szpitalu jest stanem przejściowym i w związku z tym można wiele niedogodności, które się bardziej lub mniej nieprzewidzianie pojawią, przetrzymać (np. niezbyt smaczne jedzenie, meczące towarzystwo, ból pleców, chrapanie sąsiada, itd.) Pamiętaj, za kilka lub kilkanaście dni wrócisz do swojego mieszkania, gdzie znowu wszystko będzie tak, jak lubisz najbardziej :-).

poniedziałek, 4 listopada 2013

Jest nadzieja dla przytarczyc.

Przytarczyce, ze względu na swoje rozmiary i umiejscowienie, w trakcie zabiegu tyreoidektomii narażone są na uszkodzenie; jest to jeden z najczęstszych efektów ubocznych operacji usunięcia tarczycy. Pojawiła się jednak nadzieja dla "niewinnych" przytarczyc. Otóż w artykule "Chirurgia endokrynologiczna - postępy 2012" (Medycyna Praktyczna Chirurgia 2013/04) można przeczytać:
"Techniki wizualizacyjne podatnych na uszkodzenie struktur szyi podczas operacji tarczycy od lat są przedmiotem badań różnych ośrodków. Chirurdzy tureccy wykorzystali znany barwnik błękit metylenowy do poprawy widoczności przytarczyc i nerwów krtaniowych wstecznych. Po rozpyleniu błękitu w polu operacyjnym uzyskali zabarwienie struktur z wyjątkiem tętnic i nerwów. Wykorzystano zjawisko szybszego wypłukiwania błękitu przez przytarczyce (3 min) w stosunku do tarczycy (15 min) i pozostałych struktur mięśniowo-powięziowych (25 min). Ta ciekawa i prosta technika wymaga jednak dalszego sprawdzenia."
Warto zauważyć, iż technika ta oprócz ułatwienia zlokalizowania przytarczyc poprawia również widoczność nerwów krtaniowych wstecznych. Co pozwala mieć nadzieję, że po jej ewentualnym wprowadzeniu do rutynowego stosowania w zabiegach tyreoidektomii, nastąpi spadek najczęstszych powikłań pooperacyjnych raków tarczycy. Trzeba jednak pamiętać, że na dzień dzisiejszy technika ta wymaga dalszego testowania...
Tak więc nie pozostaje nam nic innego jak cierpliwie czekać :-)

Pełna treść cytowanego artykułu dostępna jest tutaj

czwartek, 17 października 2013

Tyroksyna, leczenie hormonalne.

Jak już wcześniej pisałem, po wycięciu tarczycy konieczne jest przyjmowanie leków, które zastąpią jej pracę czyli dostarczą organizmowi odpowiednich hormonów. Na rynku dostępne są preparaty o różnych nazwach (np. euthyrox, eltroxin, letrox) ale ich działanie sprowadza się do tego samego: dostarczenia organizmowi tyroksyny (dokładniej L-tyroksyny będącej analogiem tyroksyny lub inaczej mówiąc syntetycznym hormonem tarczycy wykazującym takie samo działanie jak hormon naturalny), którą organizm w naturalny sposób przekształci w trijodotyroninę (T3). Ale uwaga! Pomimo to, iż poszczególne preparaty są traktowane jako równorzędne, istnieją pewne niewielkie różnice w ich biodostępności, dlatego nie powinny być bez uzasadnienia i świadomej decyzji lekarskiej zamieniane jeden z nich na drugi, gdyż może to mieć niekorzystny wpływ na utrzymanie właściwego stężenia TSH.
W przypadku raka rdzeniastego, niskozróżnicowanego oraz anaplastycznego leczenie hormonalne sprowadza się tylko do leczenia substytucyjnego, czyli podawania takich dawek L-tyroksyny, które uzupełniają istniejące niedobory hormonalne. Docelowe stężenie TSH w takim przypadku jest ustalone na poziomie odpowiadającym normom dla osób zdrowych. W tym miejscu pragnę zwrócić uwagę, iż teoretycznie rzecz biorąc, wyniki badań diagnostycznych i ich normy - powinny być stałe, ponieważ podawane są w jednostkach fizycznych, które są precyzyjnie zdefiniowane. Jednak w praktyce badania wykonywane są w różnych laboratoriach, różnymi metodami i w związku z tym ich wyniki mogą się między sobą nieco różnić, dlatego laboratoria zawsze podają normy dla metody oznaczania stosowanej w danym laboratorium, a indywidualny wynik badania należy porównać z zakresem referencyjnym podawanym przez laboratorium, które wykonywało badanie.
W rakach zróżnicowanych leczenie L-tyroksyną jest bardziej skomplikowane. Z jednej strony ma oczywiście na celu uzupełnić istniejące niedobory hormonalne (leczenie substytucyjne), ale z drugiej strony, ma zmniejszyć ryzyko nawrotu choroby, wynikające z faktu, że tyreotropina (TSH) jest czynnikiem wzrostowym dla komórek raka zróżnicowanego tarczycy. Stosuje się więc dawki supresyjne mające obniżyć TSH do wartości jak najniższych, ale niepowodujących jeszcze objawów nadmiaru hormonów tarczycy. Pełną supresję TSH definiuje się jako takie dawkowanie L-tyroksyny, które prowadzi do stężenia TSH we krwi poniżej 0,1 jm./l, bez wywołania nadczynności tarczycy (w razie wątpliwości rozstrzyga zachowanie prawidłowego stężenia wolnej trijodotyroniny (FT3) w surowicy krwi). Natomiast mianem niepełnej supresji określa się utrzymywanie TSH w zakresie 0,1-0,4 jm./l (w takim przypadku na ogół nie występują objawy nadmiaru hormonów tarczycy). Leczenie substytucyjne w przypadku raków zróżnicowanych tarczycy oznacza utrzymywanie stężenia TSH w zakresie 0,4-2,0 (2,5) jm./l
Pełna supresja hormonu tyreotropowego (TSH) jest konieczna u chorych z utrzymującymi się jawnymi objawami raka zróżnicowanego tarczycy oraz u chorych bez cech jawnej choroby ale z podwyższonym stymulowanym stężeniem tyreoglobuliny (>1-2 ng/ml). Należy jednak wiedzieć, iż takie leczenie niesie ze sobą ryzyko pojawienia się powikłań, wynikających z możliwości szkodliwego działania nadmiaru tyroksyny na serce i kości. W związku z tym dla chorych, u których zaawansowanie choroby było większe niż pT1a (szczególnie u chorych o stopniu zaawansowania pT3-T4 lub N1), a potwierdzono u nich remisję po leczeniu pierwotnym, bezpieczną alternatywą może być niepełna supresja. Także dla chorych, u których nie stwierdza się jednoznacznych objawów choroby nowotworowej, ale wysokie stężenie przeciwciał przeciw tyreoglobulinie nie pozwala na jednoznaczne potwierdzenie remisji, niepełna supresja TSH jest dobrym rozwiązaniem. U tych pacjentów, u których remisja raka zróżnicowanego tarczycy utrzymuje się przez co najmniej 5 lat, a fakt ten został potwierdzony wszystkimi znanymi metodami, można zastosować leczenie substytucyjne; pamiętając, iż u chorych, którzy przebyli leczenie z powodu raka tarczycy zalecane jest unikanie wzrostu stężenia TSH powyżej 2-2,5 mj./l; wyjątek stanowią okresy kiedy wysoki poziom TSH jest niezbędny do przeprowadzenia badań kontrolnych (scyntygrafii).

Dawkowanie L-tyroksyny.
Dawkę L-tyroksyny każdorazowo ustala lekarz biorąc pod uwagę wiek, wagę i ogólny stan zdrowia pacjenta oraz zamierzony efekt leczniczy. Ustalenie odpowiedniej dawki nie zawsze udaje się za pierwszym razem, dlatego niekiedy potrzeba kilku badań TSH zanim zostanie dobrana właściwa dawka leku dla konkretnego pacjenta. Niewątpliwym utrudnieniem w ustalaniu dawki L-tyroksyny jest fakt, iż poziom tyreotropiny nie zmienia się natychmiast po zmianie przyjmowanej dawki leku lecz dopiero po kilku tygodniach od zaistnienia tego faktu. Dlatego jeżeli dawka L-tyroksyny wymaga modyfikacji to trzeba się uzbroić w cierpliwość gdyż badanie stężenia TSH, będącego odpowiedzią na zmienioną dawkę należy wykonać dopiero po 6-8 tygodniach od zmiany. Gdy właściwa dawka zostanie już ostatecznie ustalona  wówczas kontrolne badanie TSH zaleca się wykonywać co 3-6 miesięcy.
Lewotyroksynę przyjmuje się na czczo i co najmniej 30-40 minut przed jedzeniem. Lek można popić niewielką ilością wody (podkreślam: nie herbaty, nie kawy, nie soku, nie mleka, nie kompotu... tylko wody) ponieważ inne napoje mogą zmniejszać wchłanianie L-tyroksyny z przewodu pokarmowego. Wchłanianie tyroksyny mogą ograniczać także przyjmowane leki, np: wodorotlenek glinu, leki wiążące kwasy żółciowe i zmniejszające stężenie cholesterolu, węglan wapnia i inne. Tu warto zauważyć, że węglan wapnia może być zarówno przyjmowany w postaci suplementów (jako uzupełnienie tego pierwiastka u osób z jego niedoborem), ale także może być spożywany w trakcie posiłków mlecznych (sery, jogurty itp.). Problem jest tym bardziej warty bliższego przyjrzenia mu się, gdyż u wielu osób po operacji usunięcia tarczycy występuje okresowa lub trwała niedoczynność przytarczyc skutkująca spadkiem poziomu wapnia we krwi, co z kolei wymusza na pacjencie przyjmowanie preparatów wapnia (np. Calperos) w dużych dawkach. Dochodzi więc do sytuacji, w której pacjent musi równocześnie otrzymywać preparaty tyroksyny oraz preparaty wapnia, które upośledzają wchłanianie tyroksyny. Jak więc rozwiązać ten problem? W świetle badań oceniających wpływ spożycia wapnia na wchłanianie tyroksyny wszystko wskazuje na to, iż najlepiej zastosować 4 godzinną przerwę między tyroksyną, a wapniem. Pozostaje jeszcze odpowiedzieć na pytanie: jaki wpływ na wchłanianie tyroksyny ma wapń zawarty w posiłku mlecznym? Biorąc pod uwagę, że zawiera on zdecydowanie mniej wapnia elementarnego niż jedna tabletka węglanu wapnia, można zaryzykować twierdzenie, iż zachowanie 40 minutowej przerwy pomiędzy zażyciem L-tyroksyny, a mlecznym śniadaniem jest wystarczające. Nikt jednak nie przeprowadzał badań dotyczących wpływu wapnia zawartego w porcji jogurtu na wchłanianie tyroksyny więc jeżeli ktoś jest miłośnikiem posiłków mlecznych na śniadanie, a pojawiły się u niego zaburzenia wchłaniania tyroksyny to sugeruję by nieco zmienił swoje nawyki i spożywał posiłki mleczne w godzinach późniejszych. To chyba jest jednak łatwiejsze niż ciągłe zastanawianie się czy problemy z uregulowaniem poziomu TSH wynikają z twarożku zjedzonego na śniadanie, czy też są powodowane innymi czynnikami.
Ponadto należy być świadomym, że oprócz tego, iż są leki osłabiające działanie tyroksyny, są też leki nasilające jej działanie, a także tego, że również L-Tyroksyna może wpływać na działanie innych leków np. może osłabiać działanie leków przeciwcukrzycowych (obniżających stężenie glukozy we krwi) oraz nasilać działanie leków stosowanych w celu zmniejszenia krzepnięcia krwi. Z tych właśnie powodów bardzo istotnym jest aby lekarza ustalającego dawkę L-tyroksyny poinformować o wszystkich lekach jakie się przyjmuje.

W telegraficznym skrócie:
  • Dawkę L-tyroksyny ustala lekarz biorąc pod uwagę różne czynniki.
  • Jeżeli konieczne są zmiany dawki leku, to miarodajne badanie poziomu TSH (służące weryfikacji dawki) można przeprowadzić dopiero po 6-8 tygodniach od zmiany dawki.
  • Lweotyroksynę przyjmuje się codziennie, na czczo co najmniej 30-40 min przed posiłkiem.
  • Należy zachowywać odpowiedni (zalecony przez lekarza lub producenta leku) odstęp czasowy pomiędzy zażyciem L-tyroksyny, a lekami (preparatami) mogącymi mieć negatywny wpływ na jej wchłanianie z przewodu pokarmowego.
  • Przynajmniej raz (na początku przyjmowania L-tyroksyny) Pacjent powinien ze zrozumieniem przeczytać ulotkę informacyjną dołączoną do leku, oraz ulotki innych leków, które stosuje aby być świadomym ewentualnych interakcji między nimi i przyjmować leki w sposób uwzględniający wzajemny wpływ leków na siebie.
  • W przypadku pominięcia dobowej dawki leku, nie należy przyjmować podwójnej dawki leku w celu uzupełnienia pominiętej. Następnego dnia należy przyjąć normalną dawkę leku.
  • Jeżeli pojawiają się jakieś wątpliwości dotyczące stosowania L-tyroksyny to o pomoc w ich rozwiązaniu należy zwrócić się  do lekarza.

Bibliografia kliknij TUTAJ

poniedziałek, 9 września 2013

Leczenie chirurgiczne raka tarczycy - cz. 2

Dzisiaj kontynuacja tematu chirurgicznego leczenia raka tarczycy. Nie będzie jednak w tym wpisie teorii. Będzie samo życie! Poniżej prezentuję fragmenty moich notatek, które sporządzałem po poszczególnych operacjach, które przechodziłem w związku z leczeniem raka rdzeniastego tarczycy. Wpis ten proszę traktować jako przykład tego jak może (ale nie musi) wyglądać leczenie chirurgiczne i czego się, mniej więcej, można w związku z nim spodziewać. Zaznaczam, iż są to tylko moje subiektywne odczucia, a wszystkie informacje, które podaję poniżej są oparte wyłącznie na tym co zapamiętałem i jak to w tamtym okresie odczuwałem.

 listopad 2009 r.
Operacja usunięcia tarczycy i środkowych oraz prawostronnych węzłów chłonnych.
Dzień przed zabiegiem ostatni posiłek pozwolono mi zjeść o godz. 17 (pić można było chyba do godz. 20). Około godziny 19 dostałem zastrzyk przeciwzakrzepowy w brzuch, i małą tabletkę do połknięcia przed snem (ale nie później niż o godz. 22). Zastrzyk pomimo moich obaw okazał się prawie bezbolesny, jedynie później przez 15 minut troszkę szczypało mnie pod skórą i nic więcej. Natomiast tajemnicza tabletka wcale nie była nasenna, jak sugerowali niektórzy pacjenci lecz miała za zadanie przygotować układ nerwowy do podania narkozy. Nie ukrywam, że mniej więcej po pół godziny od jej połknięcia wyluzowałem jak bym wypił dwa piwa . Byłem w pełni świadomy tego co się dzieje, ale świat widziałem w różowych okularach i chciało mi się gadać (ogólnie to mi się zawsze chce gadać, jednak zanim zażyłem tabletkę byłem spięty wewnętrznie oczekiwaniem na zabieg, przez co, jak na moje możliwości, dość milczący). Ciekawe jest to, że niektórzy pacjenci przekazują sobie niestworzone historie o działaniu tej tabletki i na wszelki wypadek (?!) jej nie zażywają w efekcie czego, gdy jadą korytarzem na salę operacyjną, można ich zobaczyć bladych ze strachu, płaczących i zdenerwowanych do granic wytrzymałości. To przykre doświadczenie, przede wszystkim dla nich, ale i dla innych pacjentów oraz personelu szpitala również. Myślę, że skoro ufamy lekarzom i pozwalamy się im „kroić” to w kwestii tej tabletki też chyba warto im zaufać.

Noc minęła spokojnie, chociaż dość długo nie mogłem usnąć.
W dniu zabiegu obudziłem się około godziny piątej. Byłem lekko podenerwowany, a nawet więcej niż lekko. Chciałem by już się zaczęło coś dziać, czekanie było nieznośne. W końcu przyszła pielęgniarka i przyniosła mi małą tabletkę (taką samą jaką połykałem wieczorem), ponadto kazała mi się rozebrać (skarpetki i majtki pozwolono mi zostawić – jest dzięki temu cieplej w trakcie zabiegu), wskoczyć w gustowne, niebieskie wdzianko (za duża koszula od piżamy, która nie posiada guzików lecz troczki i zakłada się ją tyłem na przód ;-) ) i czekać, aż po mnie ktoś przyjdzie. Przed dziewiątą przyszły dwie pielęgniarki i siostra przełożona czy oddziałowa (tak właściwie to nie wiem jakie zajmowała stanowisko, w każdym razie była ważniejsza od pozostałych), która zapytała czy jestem uczulony na penicylinę, na co ja, zgodnie z prawda odpowiedziałem, że nie wiem. Chyba nie takiej odpowiedzi oczekiwała, bo nieco się skrzywiła na twarzy i przykazała pielęgniarkom, żeby wymienić penicylinę na coś innego i poszła dalej. Panie pielęgniarki zabrały mnie razem z łóżkiem i potoczyły do sali przed-zabiegowej. Jazda po szpitalnym korytarzu zrobiła na mnie wrażenie: te uciekające sprzed oczu lampy na suficie korytarza i świat widziany z dziwnej perspektywy – czułem się jakbym oglądał film (ale to niestety nie był film). W sali przed-zabiegowej podeszła do mnie inna, bardzo miła siostra i powiedziała, że założy mi wenflon i jak się nie będę ruszał, to może jej się uda to zrobić za pierwszym razem (dowcipna dziewczyna). Udało się! Chwila oczekiwania i jazda na salę operacyjną. W połowie drogi przesiadka na łóżko operacyjne (wąskie, twarde i zimne), w końcu parkowanie w miejscu zabiegu. Trochę jeszcze podyskutowałem z bardzo miłymi siostrami (no cóż, nic nie poradzę, że ze mnie taka gaduła) i w pewnym momencie zobaczyłem jak zaczyna mi się rozmazywać obraz przed oczami. Zdążyłem tylko jeszcze zapytać siostry czy to normalne, że mi się ostrość rozjeżdża i usłyszeć odpowiedź: „wszystko w porządku”. Następnie poczułem na twarzy jakiś kawałek przylegającej gumy o specyficznym zapachu. Podniosłem prawą rękę i stwierdziłem, że mam nałożoną maskę. Nie bardzo „kumałem” co jest grane, więc nie podnosząc się z leżenia (czułem się jakoś dziwnie ociężały) zagadnąłem do pielęgniarki, którą słyszałem w pobliżu, czy mogę zdjąć to coś z twarzy. Nie pozwoliła mi. Wtedy zaświtały mi w głowie pytania, których nie omieszkałem w trybie natychmiastowym zadać: „czy już jest po operacji?”, „która jest godzina?” Siostra podeszła do mnie i powiedziała, że już po operacji, podała godzinę i powiedziała, że na twarzy mam maskę z tlenem, którą niedługo mi zdejmie. Po chwili (nie wiem jak długiej, bo poczucie czasu wtedy mi nieco szwankowało) faktycznie zdjęto mi maskę i wywieziono do sali ogólnej. Jak tylko łóżko ze mną opuściło obszar bloku operacyjnego i wtoczyło się na korytarz, jak z podziemi pojawiła się moją uśmiechnięta żona - jej radosna obecność dodała mi skrzydeł.
Przejazdu korytarzem nie pamiętam i całej reszty dnia też nie bardzo. Byłem jeszcze otumaniony. Dopiero późnym popołudniem zacząłem odczuwać pragnienie, narastający ból gardła, karku i prawego ucha. Zostałem uświadomiony, że nie wolno mi nic jeść ani pić oraz podnosić się z łóżka do rana następnego dnia. Na dobranoc (ok. godz. 19) dostałem zastrzyk przeciwbólowy i zasnąłem upewniwszy się wcześniej, że dreny wystające z mojego wnętrza nie wypadną w trakcie snu (siostra zapewniła mnie, że są przyszyte i na pewno nic im się nie stanie, a od jutra będę mógł z nimi spokojnie spacerować).
Ta noc była długa. Obudziłem się gdzieś ok. godz. 23 i nie mogłem zasnąć. Bałem się poruszać na łóżku, bolało mnie w krzyżu oraz karku, chciało mi się pić, a gardło piekło okrutnie. Jakoś jednak w półśnie przetrwałem do godziny 5 rano gdy siostra oznajmiła radośnie: „wstajemy”.
Z niedowierzaniem, zachrypniętym głosem zapytałem: „ja też mogę?”.
Siostra odrzekła: „jak najbardziej”.
„A mogę się już napić?” – zapytałem
„Tak. I proszę zażyć małą białą tabletkę na czczo, a resztę po śniadaniu” – otrzymałem odpowiedź.
Powolutku się podniosłem, powtykałem zbiorniczki od drenów za spodnie i podszedłem do stolika na którym stał bananowy Kubuś. Drżącymi rękami podniosłem butelkę, odkręciłem niepewnie zakrętkę (dobrze, że żona wychodząc wieczorem poluzowała ją bo chyba bym sobie sam nie poradził) i nareszcie mogłem się napić. Tak pysznego napoju nie piłem nigdy w życiu, choć przełykanie stanowiło nie lada problem. Przed godz. 8 była już u mnie moja kochana żoneczka.
Pierwszy dzień po zabiegu był chyba najbardziej meczący. Gardło mnie tak bolało, że miałem problemy z przełykaniem jedzenia, a nawet picia (niektórzy tak mają po intubacji), gdyby nie tabletki przeciwbólowe nie byłbym w stanie nic zjeść. Kark bolał niemiłosiernie (ciężko mu się dziwić skoro dzień wcześniej, w trakcie operacji miałem długi czas głowę nienaturalnie odchyloną do tyłu), a na dodatek uwierał mnie dren za uchem (niby nie bardzo, ale jednak cały czas, co powodowało dyskomfort). Nie mogłem sobie znaleźć wygodnej pozycji w łóżku, w związku z czym, moja żona cierpliwie przekładała mi poduszkę z jednej strony na drugą, podkładała dodatkowa poduszkę, to znowu ją zabierała itd. itd. (prawdę mówiąc to nawet nie przypuszczałem, że potrafi być taka cierpliwa – dzięki żonko; całuski).
Około południa przyszła pani rehabilitantka, która pokazała mojej osobistej pielęgniarce [czyt. żonie] w jaki sposób można zmieniać pozycję łóżka, aby było mi wygodnie (nawet nie wiedziałem, iż łóżko, na którym leżałem miało takie możliwości). Tak więc najwygodniejszą pozycją (przynajmniej na chwilę) okazała się pozycja „zygzaka” (to moja nazwa własna) wyglądająca tak: pięty-dół, kolana-góra, siedzenie-dół, plecy-góra.. Rehabilitantka poinformowała mnie jeszcze, bym spał na plecach lub na boku przeciwległym do ciętego i wstawał przez bok (nie wyobrażałem sobie nawet innej możliwości wstawania, skoro nawet przy przewracaniu się z pleców na bok, głowę ustawiałem sobie rękami, ale przynajmniej potwierdziła właściwość mojego postępowania).
Kolejnego dnia było już coraz lepiej. Ból ustępował (a jak nie chciał to wyganiały go tabletki), głowa była stabilniejsza, a z czasem i dreny zostały wyciągnięte – wziuuut, cmok (kto miał wyciągane dreny wie jaki dźwięk mam na myśli).
Trzeciego dnia po zabiegu siedziałem w autku, a żona wiozła mnie do naszego kochanego domku…
grudzień 2010
Operacja w technice ROLL.
6 XII  - ze względu na wznowę w loży prawego płata tarczycy dostałem skierowanie do szpitala (cóż za specyficzny prezent na Mikołaja, nieprawdaż?) w celu jej usunięcia.
10 XII  - odwiedziłem szpital aby zrobić badania przed przyjęciem. Standardowo sympatyczna pani pielęgniarka pobrała mi 7 próbówek krwi, następnie zrobiono mi EKG, a następnie zostałem przyjęty przez internistę, który po zapoznaniu się z dokumentacją medyczną zaczął standardowy wywiad lekarski. W pewnym momencie padło pytanie o moje serce i jakieś z nim problemy, od słowa do słowa okazało się, że muszę powtórzyć EKG bo to, które zrobiłem nie jest prawidłowe (tzn. wykazuje nieprawidłowość pracy serca). Powtórzone EKG było niestety takie samo jak to pierwsze i w związku z tym internista oświadczył, iż musi skonsultować mój przypadek z kardiologiem, ale dodał, że nie mam się co martwić, gdyż według niego mogę być operowany, jednak musi nad tym czuwać kardiolog. Nie ukrywam, że nieco się podłamałem takim stanem rzeczy, lecz cóż mi pozostało? Tylko czekać…Konsultacja z kardiologiem na szczęście potwierdziła, iż zabieg może się odbyć, ale jak wrócę do domu to mam się skontaktować z kardiologiem w miejscu zamieszkania, ponieważ ujawnił się u mnie zespół preekscytacji. Nie pytajcie co to jest, bo sam zbyt dokładnie tego nie wiem. W każdym razie chodzi o to, że moje serducho nie pracuje do końca tak jak powinno i jest to najprawdopodobniej wrodzona wada serca, która akurat teraz się ujawniła…
13 XII - zostałem przyjęty do szpitala. Przyjęcie, można by rzec, standardowe gdyby nie to, iż ze względu na ujawniony w miniony piątek problem z sercem, pani anestezjolog konsultowała się z kardiologiem oraz już po umieszczeniu na sali odwiedził mnie kardiolog i przeprowadził ze mną wywiad (niestety nie do gazety). Dzień minął dość szybko, tym bardziej, że towarzyszyła mi moja Połowica (zapomniany wyraz, no nie ?) i nie było właściwie czasu na rozmyślanie, chociaż nie ukrywam, iż gdzieś tam w środku szczypał lęk… Wieczorkiem TV do godziny 21, później kąpiel, magiczna tableteczka i… luuuzzzziiik…
14 XII - pobudka około 5. Tableteczka już niezbyt działa, stresik zaczyna się skradać. Przewracam się z boku na bok i czekam… Zaczyna się kolejny dzień z życia szpitala: sprzątanie sali, mierzenie temperatury, wizyta lekarza itp. Dostałem kolejną magiczna tableteczkę, ale z zastrzeżeniem, iż wolno mi ją połknąć dopiero jak wrócę ze znacznikowania. O godz. 8.30 pani pielęgniarka zabiera mnie i pana Rysia do znacznikowania (pan Rysio został przyjęty razem ze mną i też ma mieć operację w technice ROLL).

Technika ROLL polega na tym, iż obszar, który ma być wycięty zostaje zaznaczony poprzez wpuszczenie do niego substancji radioaktywnej (tzw. znacznika). W trakcie zabiegu lekarz wyszukuje specjalnym czujnikiem obszar zaznaczony i go usuwa. Dzięki tej metodzie chirurg ma możliwość zlokalizowania i usunięcia nawet bardzo niewielkich zmian chorobowych.
Tak więc jedziemy na pierwsze piętro i tam czekamy na doktora, który ma się nami zająć. Około 9.30 zjawia się doktor z metalową, maleńka walizeczką i prowadzi nas pod gabinet zabiegowy. Pierwszy wchodzi pan Rysiu i z różnych przyczyn spędza tam około pół godziny, a ja pod gabinetem nerwowo dreptam tam i nazad marząc o maleńkiej tableteczce. W końcu moja kolej. Wchodzę. Kładę się jak do biopsji. Krótka wymiana zdań z doktorem. Długie badanie USG i wbicie igły, tak jak przy biopsji. Następnie wprowadzanie znacznika radioaktywnego w guzka, który ma być usunięty. Nie jest to miłe, trochę boli, ale da się wytrzymać. I tyle. Można wracać na salę i połknąć magiczną tableteczkę. Kilka chwil i jestem wyluzowany. Spokojnie czekam. Trochę drzemię, trochę rozmawiam z żoną (miała przyjść dopiero po operacji, ale ona mnie nie słucha. Eh te kobiety). Około 13.30 jadę na zabieg, a około 17.30 jestem z powrotem na sali.
Nocka jakoś mija. Nie jestem tak obolały jak po pierwszym zabiegu, ale co dwie godziny wpada w odwiedziny pielęgniarka i robi zastrzyk lub odciąga dren lub sam nie wiem co jeszcze, w każdym razie przychodzi zawsze wtedy, gdy w końcu uda mi się zasnąć ;-)
15 XII - jest dobrze, tylko mnie prawie nie słychać. Mówię cichutko i nie swoim głosem. Przyczyna? Porażenie prawego fałdu głosowego. Niestety w trakcie zabiegu został uszkodzony jakiś nerw, na szczęście jednak nie przecięty więc wszystko ma wrócić z czasem do normy. Wskazana konsultacja w poradni foniatrycznej w miejscu zamieszkania.
16 XII - wyciągniecie drenów, wypisik, L4 i już żoneczka wiezie mnie do domciu. Juppi !!! (jak mawia mój syn).
styczeń 2011
Na dzień dzisiejszy, pomimo karuzeli z kontraktami NFZ-u, udało mi się zdobyć terminy do specjalistów i czekam na wizytę u foniatry i kardiologa.
Głos powoli wraca do formy – rano jest całkiem nieźle, ale wieczorem chrypię jak Safari w fiacie 125 (kto ma trochę więcej lat niż moja kochana żona to wie o czym mówię…)
maj 2012
Operacja usunięcia węzłów chłonnych szyi i śródpiersia.
Taki piękny widok miałem z okna.
Myślałem, że jadę do Zakopca na badanie EBUS/EUS, po wykonaniu którego wrócę do domu najpóźniej następnego dnia, a za kilka dni pojadę poznać wynik. Okazało się być jednak inaczej. Po badaniu oznajmiono mi, iż wynik z opisem będzie za dwa dni i wówczas zostanie podjęta decyzja co robimy dalej.
"Zmroziło mnie", takiego obrotu sprawy nie przewidywałem. Owszem wiedziałem, iż bardzo prawdopodobnym jest, że będę miał kolejną operację, jednak nie przypuszczałem, że tak szybko może to nastąpić. Z jednej strony bardzo dobrze, bo im szybciej tym lepiej, jednak z drugiej strony nie tak to sobie zaplanowałem. (...) Wynik badania okazał się być "dobry" (cokolwiek to znaczyło dla lekarzy) i w związku z tym wyznaczono mi termin operacji za trzy dni. Aby nie było zbyt lajtowo to w dniu poprzedzającym zbieg termin został przesunięty o jeszcze jeden dzień. Jednak koniec końców operacja została przeprowadzona i po trzynastu dniach spędzonych w szpitalu wróciłem do domu. W trakcie operacji chirurdzy wydziobali mi kilka węzłów chłonnych, a wśród nich te, które świeciły na pecie. Teraz pozostaje mi więc szybko się zrastać i czekać na pooperacyjne wyniki hispat.
Jako ciekawostkę napiszę jeszcze, iż zabieg miałem około południa w piątek, a już w sobotę przed południem wyciągnięto mi szwy, dokładnie oczyszczono okolice cięcia, a następnie pani pielęgniarka posmarowała je klejem o zapachu bataprenu i poprzyklejała kawałki gazy (przynajmniej tak to wyglądało). Taki opatrunek mam nosić dotąd, aż sam odpadnie, tylko w czasie brania prysznica mam starać się go zbytnio nie namaczać aby nie odpadł za wcześnie.

środa, 21 sierpnia 2013

Leczenie chirurgiczne raka tarczycy - cz. 1

Zgodnie z aktualnymi zaleceniami leczenie raka tarczycy opiera się na tyreoidektomii (całkowitym wycięciu tarczycy) i operacji węzłów chłonnych. Jedynie w raku brodawkowatym, w którym występuje jedno ognisko raka i jest ono mniejsze od 1 cm oraz nie występują przerzuty, można zaakceptować operację o mniejszym zakresie. Zasadniczo w leczeniu operacyjnym lekarze kierują się zasadą wzrastającej rozległości operacji przy rosnącym zaawansowaniu nowotworu złośliwego, dlatego w trakcie operacji wykonywana jest śródoperacyjna obustronna biopsja chirurgiczna węzłów bocznych szyi. Między innymi to właśnie na jej podstawie jest podejmowana decyzja czy operacja obejmie jedynie węzły chłonne przedziału środkowego szyi (przedkrtaniowe, przedtchawiczne, okołotchawiczne i okołotarczycowe) czy będzie miała rozszerzony zakres.
W Rekomendacjach z IV konferencji "Rak Tarczycy" (2010 r.) pojawia się stwierdzenie, iż "Zabieg całkowitego wycięcia tarczycy z powodu raka powinien być wykonywany tylko w wyspecjalizowanych ośrodkach, dysponujących odpowiednim doświadczeniem operacyjnym i zapleczem diagnostycznym. Można przyjąć, że takie doświadczenie wymaga nie mniej niż 50 operacji raka w ciągu roku." 
Po przeczytaniu tych dwóch mądrych zdań "zapala mi się czerwona lampka". Wszystko pięknie, tylko czy istnieje jakiś wykaz takich ośrodków? Jak w praktyce jest realizowane to zalecenie? Czy pacjent, w ogóle ma sobie zaprzątać głowę tym tematem? Może wszystkie szpitale znają doskonale te zalecenia i jeżeli nie mają odpowiedniego doświadczenia i zaplecza to nie podejmą się wykonania takiego zabiegu lub wyraźnie poinformują pacjenta o tym fakcie? Nie wiem. A chciałbym wiedzieć, podobnie jak wielu innych pacjentów którym np. zdarzyło się usłyszeć, iż ze względu na wyczerpanie limitów na dany rok muszą poczekać na zabieg ponad pół roku lub poszukać innego szpitala, w którym będzie krótszy czas oczekiwania. Nie wiem, ale się dowiem! Poczyniłem już w tym kierunku pewne kroki i czekam na odpowiedź. Jak tylko coś będę wiedział konkretnego to zaktualizuję ten wpis.

Zakres diagnostyki przed leczeniem operacyjnym obejmuje:
- wywiad
- badanie palpitacyjne (badanie za pomocą dotyku, popularnie zwane obmacywaniem)
- badanie USG szyi obejmujące zarówno tarczycę jak i węzły chłonne
- biopsję aspiracyjną cienkoigłową (BAC) tarczycy (czasami również węzłów chłonnych)
- badanie RTG klatki piersiowej w dwóch projekcjach
- badanie laryngologiczne w celu oceny funkcji strun głosowych
- badania laboratoryjne krwi i moczu
- badanie EKG i pomiar ciśnienia tętniczego krwi
W szczególnych przypadkach diagnostyka może zostać rozszerzona (np. o tomografię komputerową).
Uwaga praktyczna: 
Jeżeli coś wzbudza nasz niepokój lub wątpliwości, należy o tym koniecznie powiedzieć lekarzowi. W trakcie rozmowy z lekarzem pacjent ma prawo zadawać pytania i oczekiwać, iż uzyska na te pytania zrozumiałe odpowiedzi.

Operacja przeprowadzana jest w znieczuleniu ogólnym. Standardowo nie powoduje znaczącej utraty krwi i nie wymaga transfuzji krwi. Zabieg zwykle trwa od jednej do dwóch godzin. Wycięte tkanki są przekazywane do badania histopatologicznego w celu ustalenia typu nowotworu oraz oceny jego zaawansowania - tylko badanie histopatologiczne materiału pooperacyjnego może z całą pewnością potwierdzić lub wykluczyć rozpoznanie wstępne.

Czas pobytu w szpitalu jest uzależniony od wielu czynników; w wersji optymistycznej: poniedziałek - przyjęcie,  wtorek - operacja,  piątek - wypis.

Podobnie jak przy wszystkich innych operacjach, również w operacji usunięcia tarczycy istnieje ryzyko wystąpienia takich powikłań jak infekcja czy krwotok. Ponadto mogą (choć wcale nie muszą!) pojawić się powikłania specyficzne dla tego zabiegu. Do najczęstszych powikłań tego typu należą: porażenie nerwu krtaniowego wstecznego i niedoczynność przytarczyc. Zdarza się również (bardzo rzadko) porażenie nerwów splotu barkowego. Powikłania mogą mieć charakter przemijający lub trwały.
Zalecane jest by przez jakiś czas po zabiegu prowadzić oszczędny tryb życia. Docelowo jednak, przy braku powikłań, powraca się do pełnej sprawności fizycznej. O szczegóły w tym temacie najlepiej zapytać lekarza podczas wypisu, a następnie podczas wizyty kontrolnej (zazwyczaj miesiąc od wypisu odbywa się konsultacja chirurgiczna). Lekarz znający konkretny przypadek jest najbardziej właściwą osobą do decydowania o tym co dany pacjent może już robić, a czego jeszcze nie powinien.
Na zakończenie tego wpisu jeszcze kilka sów o bliźnie pooperacyjnej.
Kształt blizny może być różny. W przypadku usunięcia samej tarczycy pozostaje tylko "uśmieszek" w dolnej części szyi , a jeżeli dochodzi jeszcze do usunięcia bocznych węzłów chłonnych szyi, to "uśmieszek" może przemienić się w "J", a nawet "U" od ucha do ucha. Ale spokojnie! Zazwyczaj zostaje jednak mały "uśmieszek". Blizna z czasem ewoluuje. Z moich obserwacji wynika, iż jej wygląd może ulegać zmianie nawet na przestrzeni dwóch lat. Jej widoczność, szerokość, długość i wypukłość zależą od takich czynników jak: rozległość zabiegu operacyjnego, doświadczenie chirurga, sposób zamknięcia rany i czynniki indywidualne. I choć internetowe fora dyskusyjne pełne są "dobrych i jeszcze lepszych" rad jak pozbyć się blizny, a reklamy proponują super skuteczne środki, po których blizny znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przestrzegam przed pochopnymi działaniami. Nie ma bowiem jednego uniwersalnego sposobu na likwidację blizn. Skóra każdego człowieka ma swoje indywidualne właściwości i predyspozycje. To co jednej osobie pomaga u drugiej może wywoływać podrażnienia skóry. U części osób skóra na ranie pooperacyjnej samoistnie zrasta się gładko, a inne osoby mają skłonności do tworzenia się bliznowca (keloidu). Tak więc nie ma złotego środka na uczynienie blizny niewidoczną. Pewnym jest tylko to, że dopóki rana się dokładnie nie zagoi to nie należy jej smarować żadnym maściami (chyba, że lekarz zaleci inaczej) i trzeba unikać jej nadmiernego moczenia. A wszelkie ewentualne problemy polegające na tworzeniu się nieładnej blizny najlepiej konsultować z lekarzem dermatologiem (nie potrzeba skierowania).

Lektura uzupełniająca:
Dla szczególnie zainteresowanych tematyką znieczulania polecam: http://www.znieczulenie.org.pl

AKTUALIZACJA - 02 listopada 2013 r.
Do dnia dzisiejszego udało mi się ustalić tylko tyle, iż nie istnieje (niestety) żaden wykaz (lista) ośrodków leczniczych, które posiadają odpowiednie doświadczenie w wykonywaniu operacji usunięcia tarczycy z powodu raka. Tak więc chyba pozostaje nam (pacjentom) mieć nadzieję, że lekarze znają zalecenia i podejmując się wykonania zabiegu, dysponują "odpowiednim doświadczeniem i zapleczem diagnostycznym"...
Nadal jednak czuję niedosyt informacji w tym temacie, dlatego pozostawiam go otwartym.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Klasyfikacja TNM

Jednym z istotnych  czynników mających wpływ na  wybór sposobu (taktyki) leczenia choroby nowotworowej jest stopień jej zaawansowania czyli to jak bardzo choroba się rozprzestrzeniła. Znaczące jest to czy nowotwór znajduje  się tylko w  tarczycy, czy przekroczył granice  tego narządu i nacieka na okoliczne  struktury.  A także  to, czy występują przerzuty czyli, czy komórki  nowotworowe znajdują się również w węzłach chłonnych oraz w innych narządach (np. płucach, wątrobie, kościach).
Ocena zaawansowania raka tarczycy zapisywana jest przy pomocy klasyfikacji TNM, a prowadzona jest na kolejnych etapach diagnostyki i leczenia :
- przedoperacyjnie (ocena metodami klinicznymi) - cTNM  /ang. clinical/
- pooperacyjnie (na podstawie badania histopatologicznego) - pTNM  /ang. pathological/ 
- końcowo (po rozszerzonej diagnostyce metodami medycyny nuklearnej i diagnostyki obrazowej, po przeprowadzeniu leczenia uzupełniającego jodem promieniotwórczym i uwzglednieniu wyników scyntygrafii poterapeutycznej) - yTNM

Skrót TNM pochodzi od pierwszych liter wyrazów:
Tumor - wielkość guza pierwotnego
Nodules - obecność przerzutów w węzłach chłonnych
Metastates - obecność przerzutów odległych (przerzutów do innych narządów niż węzły chłonne)

Klasyfikacja TNM stanowi precyzyjny, jednolity system oceny zaawansowania choroby, a została wprowadzona by ułatwić komunikację między lekarzami. W praktyce jednak korzystają z niej również pacjenci, którzy nie zawsze do końca rozumieją to narzędzie dlatego zwracam uwagę, że dla każdego rodzaju nowotworu klasyfikacja TNM (ze względu na odmienne warunki anatomiczne oraz inną dynamikę rozwoju choroby) wygląda zupełnie inaczej, a klasyfikacja TNM, o której piszę w tej notatce odnosi się tylko do raków tarczycy! Ponadto należy wiedzieć, że co kilka lat, wraz z postępami w zakresie diagnostyki i leczenia chorób nowotworowych, wprowadzane są zmiany w klasyfikacji TNM i korzystając z niej należy wiedzieć, która wersja posłużyła do ustalenia stopnia zaawansowania w konkretnym przypadku.
Obecnie, zgodnie z "Diagnostyka i leczenie raka tarczycy - rekomendacje polskie" z 2010 roku, obowiązuje klasyfikacja TNM - aktualizacja UICC z 2009 r.
Uwaga! W przypadku występowania więcej niż jednego guza pierwotnego, o cesze T decyduje średnica największego ogniska, a wieloogniskowość jest określana literą m.

Bibliografia kliknij TUTAJ