wtorek, 11 listopada 2025

Rak Rdzeniasty - nowa metoda leczenia?

Rak rdzeniasty tarczycy jest odpowiedzialny za ponad 13% zgonów z powodu raka tarczycy.
Naukowcy z Polski chcą opracować nowe, spersonalizowane narzędzie diagnostyczne i terapeutyczne do leczenia zaawansowanego raka rdzeniastego tarczycy z użyciem analogu gastryny.
Więcej informacji na ten temat.



piątek, 28 kwietnia 2023

Leczenie raka tarczycy. Rekomendacje 2022r.

 Poniżej linki do najświeższych (jakie ostatnio znalazłem) rekomendacji.

Diagnostyka i leczenie raka tarczycy u chorych dorosłych — Rekomendacje Polskich Towarzystw Naukowych oraz Narodowej Strategii Onkologicznej. Aktualizacja na rok 2022 tutaj

Diagnostyka i leczenie raka tarczycy u chorych dorosłych — Rekomendacje Polskich Towarzystw Naukowych oraz Narodowej Strategii Onkologicznej. Aktualizacja na rok 2022 — uzupełnienie tutaj 

Wchodząc na powyższe strony www można wyświetlić rekomendacje w formacie pdf lub pobrać ich
pdf-y. Rekomendacje są w języku angielskim i polskim (w jednej publikacji).

czwartek, 14 stycznia 2021

Rak tarczycy & Covid-19

Jak ten czas szybko leci. Od ostatniego posta minął już rok...

Sam nie wiem kiedy to zleciało...

Pochłonęła mnie praca, rodzina i w ogóle troski i radości dnia codziennego, dlatego nawet nie miałem czasu śledzić najnowszych doniesień naukowych o raku tarczycy. Ponadto nie miałem, na szczęście, takiej potrzeby, bo u mnie jak na razie stabilizacja. No i oczywiście obecnie najłatwiej znaleźć informacje o koronawirusie, który nie odpuszcza i utrudnia diagnostykę i leczenie chorób nowotworowych (i wszystkich innych niestety też).  Dlatego jeżeli ktoś znalazł jakieś ciekawe info, artykuł, film itd. o raku tarczycy niech podzieli się ze mną i osobami czytającymi tego bloga i wrzuci linka w komentarzach.
Ja ze swej strony wrzucam linki, które potwierdzają to, że raka tarczycy da się leczyć, trzeba leczyć
i leczenie należy podjąć jak najszybciej. Nie mówię o konieczności podjęcia leczenia z dnia na dzień, ale niedopuszczalnym jest pozostawienie guzów tarczycy bez zdiagnozowania i objęcia adekwatnym do rozpoznania postepowaniem medycznym.

1. Ebook:
 Ebook o raku tarczycy napisany przez pacjentkę

2. Kilka filmików:

https://www.youtube.com/watch?v=3PZ_tVIis-w

https://www.youtube.com/watch?v=JdVRapWqI8A

https://www.youtube.com/watch?v=O_XOkARLuhs

https://www.youtube.com/watch?v=5XGFYbzz6PA

Na koniec niewiarygodna 😉 informacja: Rak tarczycy NIE chroni przed Covid-19
Wiem, bo sprawdziłem 😷 dlatego jak tylko będziecie mieli możliwość to warto się zaszczepić, stanowisko PTOK jest w tej sprawie jasne: WARTO SIĘ ZASZCZEPIĆ.


Zdrowia, Miłości, Nadziei i Radości na ten NOWY ROK!!!

czwartek, 9 stycznia 2020

Selpercatinib (Loxo-292)

Trwają badania nad nową substancją mogącą sprawdzić się w leczeniu raka rdzeniastego tarczycy.
Więcej informacji na ten temat znajdziecie tutaj.

wtorek, 7 stycznia 2020

Moja historia. Część 5

ROK JEDENASTY czyli... teraz.

   Najwyższy czas zakończyć to pisanie o sobie. W końcu ten blog z założenia ma być o raku tarczycy, a nie o mnie. Moja historia została tu wciśnięta jedynie jako przykład tego jak może wyglądać życie i walka z rakiem tarczycy.

Było tak:
   Po trzeciej operacji (tej w Zakopanym) kalcytonina z czasem zaczęła wzrastać, był to jednak powolny wzrost. Poza tym było OK. Wróciłem do normalnego życia. Tylko od czasu do czasu jeździłem na jakąś kontrolę do Instytutu Onkologi...
  Mniej, więcej w dziesiątą rocznicę diagnozy (no może parę miesięcy wcześniej) kalcytonina osiągnęła już niepokojący poziom, a tomografia komputerowa ujawniła niewielkiego guza. Biopsja zmiany wykazała, że jest to WZNOWA, a tak właściwie to przerzut RRT. Ze względu na podłe umiejscowienie zmiany (śródpiersie, przy tętnicy, ewent. wrośnięte w tętnicę bo tomografia nie umożliwiała stwierdzenia tego jednoznacznie) IO w Gliwicach odesłał mnie na operację do Krakowa na torakochirurgię. I jak się okazało, była to bardzo dobra decyzja, ponieważ w trakcie wielokrotnych i długotrwałych badań USG mających na celu przygotowanie się chirurga do przeprowadzenia tej operacji, została wykryta (niejako przypadkiem) jeszcze jedna zmiana, tyle, że jeszcze bardziej nieciekawie umiejscowiona (pod kością obojczykową). Co ważne: USG wyraźnie wykazało, że zmiany te są chorobowo zmienionymi węzłami chłonnymi nie wrastającymi w tętnicę. Ostatecznie została podjęta decyzja, że operacja zostanie przeprowadzona, choć nikt nie dawał gwarancji, że uda się odnaleźć zmiany, dotrzeć do nich i je usunąć. Problem stanowiło umiejscowienie i niewielki rozmiar zmian oraz możliwa obecność blizn spowodowanych trzema wcześniejszymi operacjami.
   Koniec, końców operacja została przeprowadzona w październiku 2019 roku (10 lat, bez jednego miesiąca od pierwszej operacji) i się udała. Obydwie zmiany w całości zostały wycięte, a badanie histopatologiczne potwierdziło, że były to przerzuty RRT. Teraz pozostaje mi już tylko wykonać badanie kalcytoniny, które mam nadzieję potwierdzi, że jestem zdrowy... lub przynajmniej prawie zdrowy ;-). Badanie w tym miesiącu.

Pełen optymizmu, życzę Wam dużo, dużo Zdrowia i w ogóle wszystkiego co najlepsze na ten Nowy Rok!

wtorek, 12 listopada 2019

Euthyrox-N - WAŻNA INFORMACJA.

W leku Euthyrox N została zmieniona substancja pomocnicza, co dla niektórych pacjentów może się wiązać z koniecznością zmiany dawkowania.

Więcej info tutaj oraz uzupełnienie tutaj

tutaj stanowisko Polskiego Towarzystwa Endokrynologicznego dot. nowej formy produktu leczniczego Euthyrox ® N.

sobota, 7 września 2019

Moja historia. Część 4

ROK DRUGI.
Fragmenty pamiętnika:

Operacja w technice ROLL.
6 XII (poniedziałek) dostałem skierowanie do szpitala
10 XII (piątek) byłem w Gliwicach zrobić badania przed przyjęciem do szpitala. Standardowo sympatyczna pani pielęgniarka pobrała mi 7 próbówek krwi, następnie zrobiono mi EKG, a następnie zostałem przyjęty przez internistę, który po zapoznaniu się z dokumentacją medyczną zaczął standardowy wywiad lekarski. W pewnym momencie padło pytanie o moje serce i jakieś z nim problemy, od słowa do słowa okazało się, że muszę powtórzyć EKG bo to, które zrobiłem nie jest prawidłowe (tzn. wykazuje nieprawidłowość pracy serca). Powtórzone EKG było niestety takie samo jak to pierwsze i w związku z tym internista oświadczył, iż musi skonsultować mój przypadek z kardiologiem, ale dodał, że nie mam się co martwić, gdyż według niego mogę być operowany, jednak musi nad tym czuwać kardiolog. Nie ukrywam, że nieco się podłamałem takim stanem rzeczy, lecz cóż mi pozostało? Tylko czekać…Konsultacja z kardiologiem na szczęście potwierdziła, iż zabieg może się odbyć, ale jak wrócę do domu to mam się skontaktować z kardiologiem w miejscu zamieszkania, ponieważ ujawnił się u mnie zespół preekscytacji. Nie pytajcie co to jest, bo sam zbyt dokładnie tego nie wiem. W każdym razie chodzi o to, że moje serducho nie pracuje do końca tak jak powinno i jest to najprawdopodobniej wrodzona wada serca, która akurat teraz się ujawniła…
13 XII (poniedziałek) zostałem przyjęty do szpitala. Przyjęcie, można by rzec, standardowe gdyby nie to, iż ze względu na ujawniony w miniony piątek problem, pani anestezjolog konsultowała się z kardiologiem oraz już po umieszczeniu na sali odwiedził mnie kardiolog i przeprowadził ze mną wywiad (niestety nie do gazety…). Dzień minął dość szybko, tym bardziej, że towarzyszyła mi moja Połowica (zapomniany wyraz, no nie ?) i nie było właściwie czasu na rozmyślanie, chociaż nie ukrywam, iż gdzieś tam w środku szczypał lęk… Wieczorkiem TV do godziny 21, później kąpiel, magiczna tableteczka i… luuuzzzziiik…
14 XII (wtorek) pobudka około 5. Tableteczka już niezbyt działa, stresik zaczyna się skradać. Przewracam się z boku na bok i czekam… Zaczyna się kolejny dzień z życia szpitala: sprzątanie sali, mierzenie temperatury, wizyta lekarza itp. Dostałem kolejną magiczna tableteczkę, ale z zastrzeżeniem, iż wolno mi ją połknąć dopiero jak wrócę ze znacznikowania. O godz. 8.30 pani pielęgniarka zabiera mnie i pana Rysia do znacznikowania (pan Rysio został przyjęty razem ze mną i też ma mieć operację w technice ROLL).
Technika ROLL polega na tym, iż obszar, który ma być wycięty zostaje zaznaczony poprzez wpuszczenie w niego substancji radioaktywnej (tzw. znacznika). W trakcie zabiegu lekarz wyszukuje specjalnym czujnikiem obszar zaznaczony i go usuwa. Dzięki tej metodzie chirurg ma możliwość wyszukania u usunięcia nawet bardzo niewielkich zmian chorobowych.
Tak więc jedziemy na pierwsze piętro i tam czekamy na doktora, który ma się nami zająć. Około 9.30 zjawia się doktor z metalową, maleńka walizeczką i prowadzi nas pod gabinet zabiegowy. Pierwszy wchodzi pan Rysiu i z różnych przyczyn spędza tam około pół godziny, a ja pod gabinetem nerwowo dreptam tam i nazad marząc o maleńkiej tableteczce. W końcu moja kolej. Wchodzę. Kładę się jak do biopsji. Krótka wymiana zdań z doktorem. Długie badanie USG i wbicie igły, tak jak przy biopsji. Następnie wprowadzanie znacznika radioaktywnego w guzka, który ma być usunięty. Nie jest to miłe, trochę boli, ale da się wytrzymać. I tyle. Można wracać na salę i połknąć magiczną tableteczkę. Kilka chwil i jestem wyluzowany. Spokojnie czekam. Trochę drzemię, trochę rozmawiam z żoną (miała przyjść dopiero po operacji, ale ona mnie nie słucha… Eh te kobiety     ). Około 13.30 jadę na zabieg, a około 17.30 jestem z powrotem na sali.
Nocka jakoś mija. Nie jestem tak obolały jak po pierwszym zabiegu, ale co dwie godziny wpada w odwiedziny pielęgniarka i robi zastrzyk lub odciąga dren lub sam nie wiem co jeszcze, w każdym razie przychodzi zawsze wtedy, gdy w końcu uda mi się zasnąć.
15 XII (środa) – jest dobrze, tylko mnie prawie nie słychać. Mówię cichutko i nie swoim głosem. Przyczyna? Porażenie prawego fałdu głosowego. Niestety w trakcie zabiegu został uszkodzony jakiś nerw, na szczęście jednak nie przecięty więc wszystko ma wrócić z czasem do normy. Wskazana konsultacja w poradni foniatrycznej w miejscu zamieszkania.
16 XII (czwartek) – wyciągniecie drenów, wypisik, L4 i żoneczka wiezie mnie do domciu. Juppi !!! (jak mawia mój syn).
Na dzień dzisiejszy, pomimo karuzeli z kontraktami NFZ-u, udało mi się zdobyć terminy do specjalistów i czekam na wizytę u foniatry i kardiologa.
Głos powoli wraca do formy – rano jest całkiem nieźle, ale wieczorem chrypię jak Safari w fiacie 125 (kto ma trochę więcej lat niż moja kochana żona to wie o czym mówię…)
A tak poza tym 32 lata byłem jak młody bóg, a teraz ma 33 i jestem jak …. w każdym razie, nie jak młody bóg…
Ale co tam i tak jest pięknie!

Czy warto leczyć raka ???
Gdy dwa dni temu, o poranku zobaczyliśmy z żoną za oknem słoneczko nie zastanawiając się długo ściągnęliśmy syna z łóżka, spakowaliśmy plecaki wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy „w świat”.
Zaparkowaliśmy na parkingu w Kościelisku – Kirach i poszliśmy zwiedzać Dolinę Kościeliską. Wstąpiliśmy do jaskini Mroźnej, zjedliśmy obiadek w schronisku Ornak, kupiliśmy oscypek w bacówce i zmęczeni ale bardzo radośni wróciliśmy do domu. Z jednej strony nic nadzwyczajnego, a z drugiej, cudownie spędzony czas z rodziną, jeden z tych dni, dla których warto żyć.
A jak to się ma do tytułowego pytania?
Otóż jestem przekonany, iż gdybym ponad półtora roku temu nie podjął leczenia to dzisiaj czułbym się o wiele gorzej i być może nie miałbym siły na taką wycieczkę…
Ja prawdę mówiąc jeszcze nie wygrałem z rakiem, ale walczę i widzę sens tej walki. Wierzę, że wyjdę z tego starcia „z tarczą”!
Niestety są osoby, które słysząc diagnozę, załamują się. Nie widzą sensu podejmowania leczenia. Poddają się bez walki, zatrzymują się na etapie przerażenia diagnozą, czują się bezsilni w obliczu choroby nowotworowej.
A z rakiem trzeba walczyć! Nie można przyjmować wobec niego postawy biernego czekania!
Skąd czerpać do tego siłę? Może ze świadectwa innych ludzi.
Tych którzy pokonali raka i tych którzy walczą, niejednokrotnie zniszczonych fizycznie, ale niezłomnych duchem.

ROK TRZECI.
Fragmenty pamiętnika:

Przyzwyczajenie.
Gdy rozpoczynałem pisanie bloga, moja głowa była przepełniona myślami o raku. Czas odmierzałem kolejnymi wizytami w instytucie onkologi. Ktoś wtedy powiedział, iż na początku to normalne, a później się człowiek przyzwyczaja do faktu, że choruje i powoli, w codziennym życiu o tym zapomina. Nie bardzo potrafiłem to wówczas zrozumieć. Wydawało mi się, iż będę cały czas aktywnie uczestniczył w forach, pisał notatki na blogu, może założę jakieś stowarzyszenie i sam nie wiem co jeszcze, aby tylko jak najwięcej się dowiedzieć na temat choroby, która mnie dopadła.
Teraz, gdy minęły już ponad dwa lata od usłyszenia diagnozy, mogę stwierdzić, iż faktycznie się przyzwyczaiłem do swojej choroby. Podkreślam jednak, iż się do niej przyzwyczaiłem, ale nie przywiązałem. Cały czas pragnę gorąco się jej pozbyć i wierzę, że kiedyś to się stanie. Równocześnie jednak nie zaprzątam sobie głowy ciągłym myśleniem o raku, który mnie "podgryza". Duże znaczenie ma na pewno też to, iż choroba nie zniszczyła zbytnio mojego organizmu i mogę normalnie funkcjonować, więc najzwyczajniej w świecie nie mam czasu na rozmyślanie o problemach zdrowotnych.
Nadszedł jednak czas, w którym czuję, iż choćby tylko z kronikarskiego obowiązku, powinienem napisać co u mnie słychać w onkotemacie.
1. Samopoczucie: OK
2. TSH: OK
3. Ca zjon: OK
4. CEA: OK
5. Kalcytonina: trochę wzrosła, co zostało potwierdzone próbą wapniową
6. TK jamy brzusznej: niejednoznaczne - może coś się dzieje, a może to tylko problemy gastryczne w dniu badania (?)
7. Na początku kwietnia będę miał badanie PET

Świąteczne badanie PET-CT
Dwa dni temu miałem wykonywane badanie PET-CT. Badanie bardzo zaawansowane technologicznie ale dla pacjenta niewiele różniące się od tomografii komputerowej. Rzekłbym, iż nawet przyjemniejsze, bo nie pojawiają się mdłości jak przy wstrzykiwania kontrastu w TK. Najważniejsze informacje o badaniu PET-CT
1. Prawie bezbolesne (jedyny ból to wbicie wenflonu).
2. Pacjent ma wstrzykiwany do organizmu materiał promieniotwórczy (tzw. znacznik) w związku z czym przez dobę po badaniu powinien do minimum ograniczyć kontakt z dziećmi i kobietami w ciąży.
3. Gdy po wstrzyknięciu znacznika pielęgniarka zaleci położyć się lub spokojnie siedzieć (pozostało dla mnie zagadką dlaczego jedni pacjenci mają leżeć a inni siedzieć) to należy to uczynić w trosce o poprawność wyników badania.
4. W trakcie badania należy mieć na sobie ubranie bez metalowych elementów i zdjętą biżuterię.
5. Jadąc na badanie trzeba również pamiętać by zabrać ze sobą bezsmakową wodę niegazowaną (min. 1litr).
6. Niektórym pacjentom zalecane jest również by byli na czczo (mnie to akurat nie dotyczyło ale i tak na wszelki wypadek zostawiłem sobie śniadanie na "po badaniu").

13 dni…
Myślałem, że jadę do Zakopca na badanie (EBUS/EUS), po wykonaniu którego wrócę do domu najpóźniej następnego dnia, a za kilka dni pojadę poznać wynik. Okazało się być jednak inaczej. Po badaniu oznajmiono mi, iż wynik z opisem będzie za dwa dni i wówczas zostanie podjęta decyzja co robimy dalej.
"Zmroziło mnie", takiego obrotu sprawy nie przewidywałem. Owszem wiedziałem, iż bardzo prawdopodobnym jest, że będę miał kolejną operację, jednak nie przypuszczałem, że tak szybko może to nastąpić. Z jednej strony bardzo dobrze, bo im szybciej tym lepiej, jednak z drugiej strony nie tak to sobie zaplanowałem.
Co do badania EBUS/EUS, którego naprawdę się bałem, to wiele Wam nie napiszę. Ale nie dlatego, że nie chcę, lecz dlatego, że niewiele pamiętam. Zdecydowana większość pacjentów pamięta przebieg badania i z ich opowieści wnioskuję, iż jest to badanie nieprzyjemne, ale dające się wytrzymać. Ja ze swojej strony pamiętam jak kładę się na łóżku do badania, zagryzam ustnik w kształcie tulejki, przez który wprowadza się sondę, następnie pamiętam, iż pani w kitelku wstrzykuje mi coś do wenflonu, świat wiruje, a następnie kaszlę i słyszę, że jestem już po badaniu i mogę wsiąść na wózeczek, którym sympatyczna pani pielęgniarka odwozi mnie do sali. Koledzy z sali mówili, iż byłem nieźle "strzelony". Nie wiem czy to ja tak reaguję na lek mający uspokoić podczas badania, czy też widząc moje przerażenie medycy postanowili mnie konkretnie "zwiodczyć", jednak bez względu na to dlaczego tak się stało, bardzo się cieszę, że tak właśnie przebrnąłem przez to badanie.
Wynik badania okazał się być "dobry" (cokolwiek to znaczy w ustach lekarzy) i w związku z tym wyznaczono mi termin operacji za trzy dni. Aby nie było zbyt lajtowo to w dniu poprzedzającym zbieg termin został przesunięty o jeszcze jeden dzień. Jednak koniec końców operacja została przeprowadzona i po trzynastu dniach spędzonych w szpitalu wróciłem do domu. W trakcie operacji chirurdzy wydziobali mi kilka węzłów chłonnych, a wśród nich te, które świeciły na pecie. Teraz pozostaje mi więc szybko się zrastać i czekać na pooperacyjne wyniki hispat. Tu przytoczę jeszcze jedną ciekawostkę, otóż zabieg miałem około południa w piątek, a już w sobotę przed południem wyciągnięto mi szwy, dokładnie oczyszczono okolice cięcia, a następnie pani pielęgniarka posmarowała je klejem o zapachu bataprenu i poprzyklejała kawałki gazy (przynajmniej tak to wyglądało). Taki opatrunek mam nosić dotąd, aż sam odpadnie, mam tylko w czasie brania prysznica starać się go zbytnio nie namaczać aby nie odpadł za wcześnie.
PS
Co jak co, ale widok z okna w szpitalnej sali miałem super: Giewont, Kasprowy Wierch, Wielka i Mała Krokiew...

2 mies. temu
Śmigam po zaprzyjaźnionych blogach i "co ja pacze?" (jak pisze jedna znana blogerka). Otóż patrzę i widzę, że w umieszczonych tam linkach do mojego bloga pojawia się napis "2 mies. temu". Aż tak dawno nie pisałem? Sorki. Ale na swoje usprawiedliwienie mam to, iż w ciągu tych dwóch miesięcy bardzo wiele się działo w moim życiu. To co najważniejsze, to fakt, iż... mam drugiego syna!!!
Poza tym otrzymałem wyniki hispatologiczne, które głoszą, iż w Zakopanym wycięto mi pięć węzłów chłonnych, a wszystkie okazały się być nieszczęśliwymi posiadaczami przerzutów.  Na ten moment czekam na wynik próby wapniowej, który w dużej mierze przesądzi co dalej.
Ponadto dowiedziałem się (a raczej przećwiczyłem na własnej skórze), iż mając raka można również mieć inne dolegliwości. Dotychczas bowiem, jakoś tak mi się wydawało, że jak już mam raka, to ewentualnie mogę się przeziębić, a w najgorszym razie złapać grypę. I co? Guzik prawda! Dysk też może wyskoczyć z kręgosłupa i zmusić do leżenia plackiem przez pięć dni. Eh... Był "hard-cor"...
Ale tak w ogóle jest super!

Jest dobrze.
Minęły prawie trzy lata od postawienia diagnozy, zaliczyłem trzy operacje, garść biopsji, wiadro TK, jeden PET, jeden EBUS/EUS, mnóstwo badań krwi i nareszcie się doczekałem: kalcytonina w normie!!! Jadąc poznać wyniki ostatniej próby wapniowej byłem prawie pewien, iż usłyszę, że są niejednoznaczne (jak dotychczas bywało) i otrzymam skierowanie na radioterapię. A tu niespodzianka, nawet doktor był nieco zaskoczony takim obrotem sprawy, jednak w związku z tak dobrym wynikiem stwierdził, iż nie ma podstaw do przeprowadzania radioterapii. Powiedział, że możemy się ostrożnie cieszyć i być dobrej myśli. Następna kontrola za trzy miesiące.
   

niedziela, 20 stycznia 2019

Moja historia. Część 3.

      Gdy w moim życiu nagle zmieniło się bardzo, bardzo wiele, musiałem to sobie jakoś poukładać w głowie. Zacząłem wówczas pisać blog. Dzielenie się moimi emocjami i doświadczeniami związanymi z chorobą stało się dla mnie sposobem na odreagowanie stresu wywołanego zupełnie obcą mi sytuacją, w jakiej się znalazłem. Poniżej kilka wpisów z pierwszego roku chorowania.

ROK PIERWSZY. 
Fragmenty pamiętnika.

O ZUSie w plusie ;-)
Byłem dzisiaj w ZUSie i ... było super. Trafiłem na bardzo miłą i kompetentną panią, która wypełniała swoje obowiązki z uśmiechem i fachowością. Wszystko co potrzebowałem bardzo dokładnie mi wytłumaczyła, posprawdzała dokumenty i jeszcze życzyła miłego dnia. Wiec i ja wszystkim życzę miłego dnia! Zawsze można znaleźć powód i do radości i do smutku; ja szukam tych pierwszych! A dzisiaj od rana w dobry humor wprowadziła mnie pani urzędniczka z ZUS, oby wszyscy tak jak ona podchodzili do swoich obowiązków. :-)
                                                                                ***
      Wyników badania RET nie mam do dzisiejszego dnia, bo podobno one tak długo trwają. Póki co zakładam, że wyniki potwierdzą, iż mam raka sporadycznego. Innej myśli w ogóle nie dopuszczam!!!

Wizyty kontrolne.
Pierwszą wizytę kontrolną miałem w miesiąc po zabiegu. Chirurg oglądnął moja bliznę pooperacyjną i był wyraźnie zadowolony z jej wyglądu. Pobrano mi krew by zbadać poziom wapnia zjonizowanego, parathormonu, kalcytoniny oraz TSH. A także otrzymałem wynik pooperacyjnego badania histopatologicznego. Okazało się, iż decyzja chirurga o usunięciu nie tylko tarczycy lecz również środkowych i prawostronnych węzłów chłonnych szyi była jak najbardziej właściwa, bowiem umiejscowiły się już tam przerzuty. Natomiast biopsja węzłów chłonnych lewej strony szyi, którą wykonano w trakcie operacji (tzw. INTRA) wykazała, iż są one, na szczęście, wolne od przerzutów. Na zakończenie wizyty, w odpowiedzi na pytanie jakie mnie teraz czeka dalsze leczenie usłyszałem, iż według pana doktora jestem już zdrowy, a teraz zostało nam to tylko potwierdzić odpowiednimi badaniami. Oby miał rację! Póki co trzymam się tej wersji!
     Druga wizyta pooperacyjna w Gliwicach odbyła się w dwa tygodnie po pierwszej. Było to w zasadzie jedno badanie - próba pentagastrynowa. Badanie to wiąże się z dość specyficznymi doznaniami, ale o tym napiszę kiedy indziej. Teraz pozostaje mi czekać na wyniki dzisiejszego badania, które poznam podczas najbliższej wizyty w Instytucie. Tak w ogóle to zauważyłem, iż wizyty kontrolne stały się swego rodzaju wyznacznikiem upływającego czasu. Na przykład: stłuczkę samochodową miałem dzień przed pierwszą wizytą po operacji, natomiast teść złamał sobie rękę w czwartek przed drugą wizytą w Gliwicach, z kolei wigilia w tym roku wypadła w czwartek po drugiej wizycie kontrolnej. Aby jeszcze bardziej zamieszać to dodam, że pierwsza kontrola ręki teścia będzie w czwartek po mojej trzeciej wizycie w Instytucie.
Jednym słowem czas płynie od kontroli do kontroli...
Ale co tam, byle do wiosny!

Miało być o badaniach ale będzie o polityce.
Serwisy informacyjne w ostatnich dniach donoszą, iż polityczne przepychanki trwają, a chorzy czekają. Czekają na „chemię” niestandardową. Czekają i niejednokrotnie „odchodzą z kwitkiem”. TV pokazuje zrozpaczonych, płaczących ludzi – bo w niektórych przypadkach to czekanie może oznaczać nawet śmierć. Politycy i urzędnicy przerzucają się odpowiedzialnością i ukradkiem spoglądają na wskaźniki popularności. Jednym słowem kolejna zadyma polityczna ze służbą zdrowia w tle. Od jutra najprawdopodobniej ten problem zostanie ostatecznie rozwiązany. Chorzy będą mogli się leczyć, ktoś straci styczniową pensję, ktoś kogoś przeprosi, ktoś pójdzie do kogoś na dywanik, może nawet jakiś minister zostanie zdymisjonowany, a potem... wszystko wróci do tak zwanej normy. Tylko czy na pewno wszystko? Przecież te osoby, którym przerwano cykl chemioterapii straciły dużo więcej niż trochę czasu i nerwów; dużo więcej….
     W zasadzie mam swoje lata i powinienem się już przyzwyczaić, że jest, jak jest i tak musi (?) być. Jednak nie potrafię. I to nie chodzi o tę jedną sprawę, która „wypłynęła” w ostatnich dniach, ale o całokształt funkcjonowania służby zdrowia w Polsce. O długofalowe programy badań, o profilaktykę, o terminy wizyt u specjalistów i wiele, wiele innych spraw, które zaczynamy dostrzegać gdy zdrowie odmawia współpracy z nami. Za obecny stan naszej służby zdrowia nie obwiniam bezpośrednio obecnego rządu, ani poprzedniego, ani nawet komuny (na którą tak wiele się zrzuca) lecz całą klasę polityczną. Drodzy Politycy (jeżeli jakiś tu zagląda). Wiem, iż sprawowanie władzy to nie jest łatwe zadanie. Jest wiele spraw do rozwiązania i wiele sposobów na osiągnięcie celu. Spieranie się jest nieodzownie wpisane w politykę – ja to rozumiem. Tak samo jak to, że bycie politykiem wiąże się z wielkim stresem i odpowiedzialnością. I mając na uwadze tę właśnie odpowiedzialność pomyślałem, iż pięknie by było, gdybyście przy rozwiązywaniu niektórych problemów przyjęli ponadpartyjną strategię długofalowego, spójnego działania; np. w służbie zdrowia – by nikt, przez politykę, w wolnej Polsce nie musiał umierać…
    To by było (a właściwie jest) na dzisiaj tyle. Zapewne nic od tego wpisu się w polityce nie zmieni, ale przynajmniej mi trochę ulżyło jak sobie poklikałem ;-)

BAC 3 razy – please!
- Dzień dobry, zapraszam na USG – powitał mnie młody, sympatyczny lekarz.
- Dzień dobry – odpowiedziałem. W gabinecie USG szybko zdjąłem sweter i wyłożyłem się na leżance. Pan doktor przystąpił do badania.
- Czy wyczuł pan w ostatnim czasie jakieś zgrubienia, guzy?
- Nie, ale to nie jest zbyt miarodajne ponieważ długo nie zauważałem nawet guza, który miał 2,5 cm. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Ale w ostatnim czasie jakby bardziej cierpnie mi szyja i czuję czasami dyskomfort (bo bólem bym tego nie nazwał) tu, tu i tu – dodałem wskazując konkretne obszary na szyi.
- Czy ma pan teraz jakąś infekcję? – zapytał lekarz.
- Jestem lekko przeziębiony.
Doktor jeszcze trochę poślizgał głowicą USG po mojej szyi, a następnie przeszliśmy do gabinetu, w którym przyjmował.
- Wyniki próby pentagastrynowej nie są fatalne, ale nie są też takie jakich byśmy sobie życzyli.
- Rozumiem – odparłem bez emocji.
- Ma pan powiększone węzły chłonne – w tym miejscu określił ich lokalizację, w lekarzom tylko zrozumiałym narzeczu. – Zrobimy ich biopsję. Proszę szybko podejść do gabinetu nr 1001 jeszcze pan zdąży – było już popołudniu więc gabinet zabiegowy miał być zaraz zamknięty. – Po badaniu proszę tu wrócić.
Szybko przebiegłem na badanie, choć w głębi duszy wcale tak bardzo mi się nie spieszyło do kłucia. Owszem to nie jest jakieś straszne badanie, ale aż trzy biopsje? Tak od ręki? No cóż, jak trzeba – to trzeba. W zabiegówce powitały mnie dwie młodziutkie panie w białych kitlach i dojrzały mężczyzna z bródką (też w białym kitlu rzecz jasna) siedzący za sterami USG.
- Dzień dobry – zacząłem nieśmiało.
- Dzień dobry, proszę się położyć, wałeczek pod głowę – zaordynował pan z bródką (od razu było widać kto tam rządzi). Z pewną nieśmiałością (jak ongiś mawiała Anna Patrycy) wykonałem polecenie, a tu już po mojej szyi śmiga sonda USG.
- Zaczynamy od tego – powiedział głównodowodzący, a zaraz po tym nachyliła się nade mną miła pani i poczułem chłodek w szyi.
- Teraz ten? – zapytała pani nakłuwająca
- Nie. Ten jest wyraźnie zwłókniały, nie ma co go kłóć i tak nic by z tego nie było. Teraz niech pani weźmie tego – i znowu poczułem chłodek w szyi i kręcenie igiełki
- Bez materiału – poinformowała młoda pani w kitelku.
- Proszę? – zamruczał dowódca.
- Beż materiału – powtórzyła winowajczyni – Chyba trochę za płytko…. Nie przebiłam mięśnia – dodała.
- Niech pani zrobi tu – będzie lepiej, albo nawet tu – będzie jeszcze lepiej.
Na szyi po raz kolejny czuję przykładaną rurkę przez którą wprowadza się igłę. W tym momencie ręka pana doktora sięga rurki i koryguje jej ustawienie.
- Tak będzie najlepiej – stwierdza mentorskim tonem pan z bródką.
Następuje trzecie ukłucie.
- Bardzo dobrze – mówi wyraźnie zadowolony kierownik zabawy – To wszystko – dodaje do mnie dosyć beznamiętnym tonem.
- Dziękuję bardzo. Do widzenia – odpowiadam szczerze zadowolony, że to już koniec i, że młoda pani lekarka pomimo tego, iż najwyraźniej jeszcze się uczy fachu, to jednak już sporo umie i całościowo badanie można określić jako co najwyżej nieprzyjemne.
Wracam do gabinetu, z którego zostałem wysłany na biopsję. Pan doktor wydaje mi jeszcze skierowanie na tomografię szyi i klatki piersiowej, USG jamy brzusznej i badanie krwi. Tomografia i USG w najbliższy poniedziałek, a badanie krwi „od ręki” dwoje drzwi dalej.
No to do poniedziałku Gliwice…

Stan zawieszenia?
Mam pewien problem. Nie wiem jak odpowiadać na pytanie: „jak tam Twoje zdrowie?”. 
Z jednej strony czuję się bardzo dobrze, a z drugiej, wyniki są niejednoznaczne. Ogólnie jest lepiej, ale niektóre wyniki nie są do końca takie jak być powinny. Są pewne wątpliwości. Trzeba poczekać i zrobić badania kontrolne. Porównać wyniki i zobaczyć czy coś się zmienia, a jeżeli tak, to w którą stronę? W zasadzie normalka przy raku, jednak nie bardzo wiadomo co odpowiadać mniej lub bardziej zatroskanym rozmówcom. Zazwyczaj rzucam zdawkowe: ” jest O.K.”, „może być”, „idzie w dobrym kierunku” lub „nie jest źle, choć mogło by być lepiej”. Jeżeli to wystarczy to super, jednak niektórzy są bardziej dociekliwi i wtedy pojawia się problem, bo wiele osób nie potrafi zrozumieć jak można powiedzieć, że jest O.K. skoro do końca jeszcze nic nie wiadomo, jak można smacznie spać wiedząc, że za kilka tygodni czy miesięcy będę musiał powtarzać badania, których wyniki mogą być, delikatnie mówiąc, niezadowalające. Jak mogę spokojnie trwać w takiej niepewności? Odnoszę wrażenie, że zdaniem wielu osób, choroba nowotworowa sprawia, iż chory funkcjonuje w stanie zawieszenia pomiędzy życiem, a śmiercią i nie pozostaje mu nic innego jak przyjąć postawę zagubionej, przestraszonej istotki, która przycupnęła gdzieś w kąciku i czeka… Tylko na co czeka? – ja się pytam… i nawet nie chcę słyszeć odpowiedzi…
Z mojego punktu widzenia sprawa jest prosta. Oczywiście prawdą jest, iż osoby chore na raka muszą robić badania kontrolne i jeżeli nawet zostaną wyleczone to i tak pozostaje im świadomość, iż choroba może powrócić; muszą się liczyć z różnymi jej konsekwencjami, również śmiercią. Ale czy to jest powód do tego aby się zamartwiać, zatruwać życie sobie i innym? Patrząc w ten sposób, to wszyscy ludzie powinni się cały czas zamartwiać, bo umiera się przecież nie tylko na raka. Wszyscy jesteśmy śmiertelni. Można dostać zawału, udaru, wpaść pod samochód, zostać napadniętym, utopić się w basenie, zostać porażonym prądem elektrycznym, a nawet zakrztusić się pijąc poranną kawę i udusić. Każdy z nas, bez wyjątku, może w ciągu ułamka sekundy, zupełnie niespodziewanie „przejść na drugą stronę”. Ale czy z tego powodu ludzie się zamartwiają? Nie. Więc dlaczego ja mam się zamartwiać? Kochani, pewien znajomy żołnierz z brygady powietrzno-desantowej, powiedział mi, iż wśród skoczków jest takie powiedzenie: „Co się boisz? Do góry nie polecisz, Ziemi nie ominiesz!”. I właśnie to powiedzenie, według mnie, świetnie oddaje istotę naszego życia. Jest wiele rzeczy, na które mamy wpływ i musimy to mądrze wykorzystywać (założyć spadochron główny i zapasowy, włożyć kask itd.), ale są też takie, którym musimy się poddać (grawitacja). Życie to właśnie taki skok ze spadochronem. Jedni skoczkowie spadają krócej, inni dłużej, ale wszyscy w końcu znajdują się na ziemi. Ciekawe, którzy są bardziej zadowoleni ze skoku? Ci, co spadali krótko, ale potrafili się cieszyć przestrzenią wokół siebie i pięknymi widokami, czy ci, którzy długo szybowali w przestworzach pocąc się i zaciskając oczy ze strachu, martwiąc się czy linki im się nie poplątają, a jeżeli nawet nie, to czy sobie nóg nie połamią przy uderzeniu o ziemię?
    Ja cieszę się życiem tym, które mam! Wam też tego życzę! Wspominajcie miłe chwile, a złych chwil nie rozpamiętujcie. Myślcie o przyszłości, ale się o nią nie zamartwiajcie, chwytajcie dzień, który macie i starajcie się go jak najlepiej przeżyć…

Pozytywny aspekt choroby.
     Czy można doszukać się czegoś pozytywnego w jakiejkolwiek chorobie? Czy zachorowanie na raka może wnieść coś dobrego do życia chorego lub jego rodziny? Choć odpowiedź może się wydać niektórym osobom niewiarygodna, brzmi : TAK. Przeglądając fora dyskusyjne, czytając blogi, artykuły i książki łatwo natrafić na wypowiedzi osób, które twierdzą, iż stając w obliczu choroby i realnego ryzyka zakończenia ziemskiej wędrówki, zupełnie zmieniają swoje spojrzenie na świat. Zaczynają, żyć prawdziwą pełnią życia i chociaż niejednokrotnie cierpią fizycznie, to odnajdują spokój ducha, o którym – w czasach przed chorobą – nie miały pojęcia, że w ogóle istnieje. Zaczynają prawdziwie doceniać dar życia. Oczywiście nie wszystkie osoby dotknięte chorobą potrafią doszukać się w takim stanie rzeczy pozytywów (i wcale im się jakoś nie dziwię), jednak znajdując się w trudnej sytuacji warto ją przemyśleć i postarać się, mimo wszystko, doszukać czegoś co może nadać jej sens. 
A teraz, aby już nie „sypać” ogólnikami, przechodzę na moje podwórko:
     Gdy poczułem zimny oddech kostuchy na plecach nie było mi łatwo, jednak uświadomienie faktu, iż mam realną szansę aby jej umknąć (póki co), pozwoliło mi się opanować i w miarę spokojnie podjąć leczenie. Rak był dla mnie zupełną niespodzianką – bardzo niemiłą i przerażającą. Spowodował wiele komplikacji w życiu moim i mojej rodziny, ale równocześnie zmienił moje postrzeganie życia i śmierci, spowodował, iż potrafię się cieszyć małymi radościami dnia codziennego i staram się żyć tu i teraz. Teraz wiem, iż oprócz tego, że trzeba być odpowiedzialnym (i w związku z tym planować oraz zabezpieczać przyszłość swoją i rodziny), trzeba również starać się każdego dnia dostrzegać tę rodzinę. Dostrzegać wszystkie maleńkie, powszednie radości i zbierać je w swoim sercu by stworzyć tam wielkie ognisko radości, a nie czekać na jakąś wielką radość, która kiedyś ma przyjść - bo to kiedyś może już nie być moim czasem. Już wiem, że życie nie może polegać tylko na gromadzeniu, by kiedyś w przyszłości z tego skarbca korzystać. Życie polega na patrzeniu na świat szeroko otwartymi oczami i codziennym zachwycaniu się jego pięknem. Życie trzeba „łapać” każdego dnia i mocno wyciskać, bo nie wiem ile jeszcze chwil zostanie mi darowanych. Dlatego też nie warto tracić życia na bezsensowne spory i kłótnie, których przyczyną są zazwyczaj błahe sprawy. Kłótnia, co prawda, stanowi całkiem efektywny sposób rozładowania napięcia emocjonalnego, jednak nie jest to dobry sposób, gdyż w gniewie mówimy rzeczy, których tak naprawdę nie myślimy, staramy się mieć przewagę nad „drugą stroną”, za wszelką cenę, w efekcie czego ranimy się wzajemnie, nie rozwiązując problemu. Jestem przekonany, iż nie należy się w ogóle kłócić lecz trzeba spokojnie, merytorycznie, z wzajemnym szacunkiem rozmawiać, a negatywne emocje rozładowywać w inny sposób niż kłótnia. Ja to już wiem – co wcale nie znaczy, że wiem jak to wprowadzić w życie. Póki co staram się nad sobą pracować i spokojniej reagować na stresujące sytuacje; a jak mi to wychodzi to już inna sprawa…

A życie sobie płynie…
Dawno nic tu nie pisałem...
U mnie OK. Czuję się bardzo dobrze, nie licząc okresowego drętwienia szyi i pobolewania na szwie, plus trochę szybszego męczenia się. Taki stan rzeczy spowodował, że życie wciągnęło mnie na nowo w swój zwariowany wir i brakuje mi czasu na pisanie. Wiele różnych spraw zajmuje mój czas i nie ma chyba sensu opisywanie ich tutaj dokładnie. Cały czas jestem pozytywnie nastawiony do świata i staram się nie ulegać negatywnym emocjom. Natomiast moje nawyki żywieniowe, niestety, w ostatnim czasie zaczęły się upodabniać do tych z przed diagnozy, czyli lepiej nie mówić (piszę o tym po to, by samego siebie zdopingować do wprowadzenia stosownych zmian w jadłospisie). W ogóle jeśli chodzi o nawyki żywieniowe to w przyszłości „skrobnę” jakiś tekścik na ten temat, bo od nich zależy w dużej mierze jakość naszego życia, o czym niestety większość z nas zapomina lub w ogóle nie zdaje sobie sprawy.
   Dla dopełnienia obrazu mojej sytuacji, w nieco ponad pół roku od postawienia diagnozy i niespełna pół roku od zabiegu, dodam, iż obecnie realizuję odwieczną zasadę: „pożyjemy – zobaczymy”. Tzn. operacja się udała, tarczyca z guzem usunięta, węzły chłonne z przerzutami też, poza tym wydaje się być czysto, ale kalcytonina ciągle nie taka by móc powiedzieć, że sprawę uważamy za zamkniętą i jeszcze parathormon też ciągle kuleje. Najbliższa wizyta w IO w Gliwicach na początku czerwca, a w międzyczasie spotkam się jeszcze z „moją” panią endokrynolog. 

Wpływ myśli na samopoczucie.
   Wpływ myśli i przekonań na samopoczucie jest ogromny. Ostatnio bardzo namacalnie odczułem ten, dość powszechnie znany, fakt. Otóż zrobiłem sobie badania kalcytoniny, parathormonu, tyreoglobuliny, poziomu wapnia itd. Wyniki okazały się być gorsze niż zakładałem. I co? Zacząłem się doszukiwać w swoim samopoczuciu jakichś nieprawidłowości oraz niepokojących objawów i… znajdywałem je. W ciągu kilku następnych dni udałem się na wizytę u endokrynologa (taką nadplanową kontrolę). W jej trakcie usłyszałem zalecenie bym skontaktował się z Gliwicami, aby zapytać czy w związku z takimi, a nie innymi wynikami, nie powinienem przyspieszyć terminu planowej wizyty kontrolnej w IO w Gliwicach? Takie postawienie sprawy spowodowało, że zacząłem widzieć wszystko w ciemno szarych (aby nie powiedzieć czarnych) barwach. W jednej chwili stałem się drażliwy, apatyczny, zmęczony i obolały. Byłem zdołowany psychicznie i zacząłem odczuwać fizyczne dolegliwości. Stan taki trwał do dnia, w którym udało mi się przeprowadzić rozmowę telefoniczną z lekarzem z Gliwic. W zasadzie nie powiedział on nic odkrywczego, stwierdził jedynie, że wyniki, które mu podałem telefonicznie nie są jakoś nadzwyczajnie niepokojące, a termin, który mam ustalony nie jest zbyt odległy i w związku z tym nie widzi konieczności zmiany trybu postępowania. 
I co się stało? 
W trybie natychmiastowym wrócił mi dobry humor, świat nabrał jasnych barw, a dolegliwości fizyczne złagodniały i ustąpiły. 
Cud? 
Nie. Namacalny dowód na to jak wielki wpływ na nasze samopoczucie ma to, co dzieje się w naszych głowach.
I jaki z tego wniosek?
Nie należy się zamartwiać, bo zamartwianie się niczego nie zmienia (no może z wyjątkiem włosów, które mogą posiwieć). Niby o tym już dawno wiedziałem, ale mimo to pozwoliłem na chwilę wziąć górę złym emocjom i dać się zapędzić w kozi róg strachu. Potraktuję to jak kolejną lekcję od życia i mam nadzieję, że kiedy znowu znajdę się w podbramkowej sytuacji, to nie stracę optymizmu i nie pozwolę by zdominowały mnie negatywne emocje i ich pokłosie. 
Znowu myślę pozytywnie i wszystkim radzę też tak robić!

Bez zmian…
Dzisiejszy wpis zacznę od wiadomości dla mnie najważniejszej: oficjalne wyniki badań genetycznych potwierdzają, iż nowotwór, który mnie zaatakował jest odmianą sporadyczną, a nie dziedziczną! Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć jak bardzo się cieszę z takiej informacji. Poza tym czerwcowe badania w Gliwicach nie wniosły w zasadzie nic nowego. Jest, jak to określiła pani doktor: „ani dobrze, ani źle”. Nie jest źle, bo kalcytonina w ciągu ostatnich miesięcy nie zmieniła się, ale dobrze też nie jest, bo jest ona jednak dziesięć razy wyższa, niż wynosi górna granica normy. Jest dobrze bo TK klatki piersiowej i szyi nie wykazało zmian względem wcześniejszego badania, ale jest źle bo nadal nie wiadomo gdzie się skorupiak czai, więc trzeba szukać dalej. Mówiąc krótko, szukamy dalej - aż do skutku. Następne badania dopiero w październiku. Na postawione przeze mnie pytanie: „to co teraz powinienem robić?, otrzymałem od pani doktor odpowiedź: „proszę normalnie żyć”; „czyli jak dotychczas, bez zmian” skwitowałem naszą pogawędkę i życząc wszystkiego dobrego podreptałem na pociąg…
   Nie ukrywam, iż wkurza mnie świadomość tego, że „zabawa w podchody” trwa nadal i trwać może jeszcze długo, ale staram się o tym nie rozmyślać. Jestem oczywiście świadomy, że nie wszystko jest OK, ale ta świadomość jest mi potrzebna do tego, abym nie zapomniał zażyć eltroxinu, zrobić badań kontrolnych, prawidłowo się odżywiać, podchodzić do życia maksymalnie na luzie (bezstresowo) i doceniać każdy dzień, który jest mi dany. Nie pozwalam jednak by świadomość choroby wzbudzała we mnie negatywne emocje. Nie zamartwiam się i nie zakładam złych scenariuszy, wręcz przeciwnie zakładam, że wszystko będzie dobrze i takie nastawienie do życia staram się przekazywać innym osobom. Moi drodzy, fakt że jestem chory i czasem o tym myślę, piszę czy rozmawiam, nie zmienia faktu, że moim celem jest wyzdrowienie, a nie użalanie się nad sobą. I choć może wydać się dziwne, to właśnie świadomość mojej choroby pozwala mi bardziej doceniać to co mam i cieszyć się życiem (ale o tym już chyba kiedyś pisałem, więc nie będę się powtarzał). Póki co realizuję zalecenie pani doktor by normalnie żyć i wyjeżdżam z moją kochaną żoneczką i rozbrykanym sykiem spacerować po plaży, kopać doły i budować zamki z piasku, chrupać smażoną rybkę, grać w karty, czytać książki i oglądać zachody słońca… Będzie supper!           


niedziela, 6 stycznia 2019

Moja historia. Część 2.

Od początku prowadzenia tego bloga staram się przekazywać wiadomości, które nie wzbudzą zbędnego niepokoju lecz pozwolą oswoić się z chorobą. Równocześnie nie chcę by ktoś odniósł wrażenie, że rak tarczycy jest błahostką, którą można zbagatelizować. Dlatego przypominam, że najwłaściwszą osobą do prowadzenia dyskusji o raku tarczycy (i każdym innym nowotworze też) jest  LEKARZ.
Mój ostatni i kilka najbliższych planowanych wpisów, są skierowane w pierwszej kolejności do tych wszystkich, którzy właśnie poznali diagnozę i są zagubieni, przerażeni lub tylko zdezorientowani. By zobaczyli na konkretnym (w tym akurat przypadku - moim) przykładzie, że to normalna pierwsza reakcja, że trzeba przez to przejść i podjąć walkę. By sobie uświadomili, że nie ich pierwszych i nie ostatnich zaatakował rak. By nie zatrzymali się na etapie strachu lecz by zrobili krok do przodu i świadomie podjęli leczenie, z nadzieją na wyleczenie.

Rok pierwszy. Zaczynamy proces leczenia.
  Termin pierwszej wizyty w Instytucie Onkologii w Gliwicach został wyznaczony (telefonicznie) bardzo szybko. Gdy już tam się znalazłem, przeprowadzono ze mną dość szczegółowy wywiad, a następnie zostałem przyjęty przez chirurga, który pomacał mi szyję, przeglądnął wyniki dotychczasowych badań, odebrał próbki z biopsji (tzw. szkiełka), które z sobą przywiozłem i wyznaczył termin następnej wizyty za trzy tygodnie.
    W trakcie drugiej wizyty zostałem przyjęty również przez chirurga (tym razem innego) specjalizującego się w leczeniu tarczycy. Doktor był bardzo konkretny i niezbyt rozmowny, stwarzał dystans, ale nie był niemiły. Rzekłbym specjalista, który po raz kolejny zajmuje się takim samym przypadkiem. Przeprowadził ze mną krótki wywiad i poinformował, iż badania próbek potwierdziły rozpoznanie. Mam raka rdzeniastego tarczycy i w związku z tym, iż jest on takich rozmiarów jakich jest, muszę mieć usuniętą tarczycę w całości wraz z układem chłonnym środkowym szyi, a następnie mam mieć usunięty układ chłonny szyi po stronie guza. Krótko mówiąc dwie operacje w trakcie jednej narkozy. O tym, iż czeka mnie operacja wiedziałem, więc informacją, że zabieg będzie nieco bardziej rozległy w zasadzie niezbyt się przejąłem. Jednak w trakcie rozmowy coś mnie bardzo przeraziło. Dowiedziałem się bowiem, iż jeżeli nawet nikt w mojej rodzinie nie miał problemów z tarczycą to i tak mój rak może być dziedziczny, tzn. gen odpowiedzialny za powstanie raka mógł dopiero u mnie zmutować i stać się groźny dla mojego synka. Ta wiadomość była dla mnie o wiele gorsza niż wszystko razem wzięte co się dotychczas złego dowiedziałem. Lekarz wyjaśnił mi jednak, że może to być rak rdzeniasty dziedziczny, ale nie musi. Może to być odmiana sporadyczna. Ponadto gdyby to nawet była odmiana dziedziczna to wcale nie znaczy, że mój syn musi zachorować, a w najgorszym razie gdyby się okazało, że mój synek ma gen odpowiedzialny za powstawanie tego świństwa to i tak obecnie można (i trzeba) to kontrolować i nie dopuścić do rozwinięcia się choroby. Jednak póki co to nie ma potrzeby stresować dziecka, tylko trzeba wykonać badanie genetyczne RET mojej krwi, które pozwoli określić jaki rodzaj raka (sporadyczny czy dziedziczny) mnie dopadł.
W trakcie tej wizyty został ustalony również termin przyjęcia do szpitala i zalecono mi wykonanie tomografii komputerowej jamy brzusznej wraz z oceną nadnerczy.
Trzecia wizyta w Gliwicach miała się odbyć tydzień przed przyjęciem do szpitala jednak, dwa dni przed tym terminem zadzwoniono do mnie i przesunięto termin na następny tydzień (na dwa dni przed przyjęciem do szpitala). W trakcie tej wizyty pobrano mi chyba siedem próbówek krwi (miła pani musiała mnie kłuć na dwie ręce bo mam niskie ciśnienie i po napełnieniu dwóch próbówek, krew z lewej ręki nie chciała już lecieć), zmierzono mi ciśnienie, wykonano EKG, przebadano przez laryngologa i internistę...
Koniec końców stwierdzono, iż zakwalifikowałem się do przyjęcia i mogę pojutrze przyjeżdżać. I tak się stało. W wyznaczonym terminie, na początku listopada 2009 zostałem przyjęty na oddział... O tym co działo się dalej już pisałem tutaj.
 
Na koniec dzisiejszego wpisu dodam jeszcze, iż w każdej z powyższych "wycieczek" do Gliwic, towarzyszyła mi żona. Zajmowała kolejki w poczekalniach, uzyskiwała informacje, przypominała o tym, że czasem trzeba coś zjeść itd... Po prostu była ze mną, za co jestem jej bardzo wdzięczny. Oczywiście, że sam bym sobie również poradził, ale gdy w takich sytuacjach ma się obok siebie kochającą osobę jest dużo lżej. 
Z kolei żona mogła mi towarzyszyć bo nasz synek w trakcie tych wyjazdów zamieszkiwał u dziadków, co pozwalało nam spokojnie jechać, a jemu dostarczało wiele radości. Tak więc po raz kolejny potwierdziło się, że wsparcie innych osób w trudnych chwilach jest nie do przecenienia!


sobota, 28 kwietnia 2018

Moja historia.

Dawno nic tu nie pisałem - wybaczcie.

Wsiadłem na karuzelę codzienności i przed oczami miga mi tylko: praca - dom - praca - dom - praca...

No może troszkę przesadzam, czasem znajduję czas na jakieś przyjemności, np. rodzinne podróże małe i duże, ale tak czy inaczej brak mi czasu na pisanie bloga. Jednak ze względu na to, iż co jakiś czas otrzymuję maile z różnymi zapytaniami dotyczącymi raka tarczycy wiem, że wiele/wielu z Was ma niedosyt informacji jak to całe chorowanie na raka tarczycy wygląda praktycznie, jak przebiega leczenie i co dzieje się w głowie pacjenta po usłyszeniu diagnozy. Oczywiście nie wiem jak to było, jest lub będzie u innych osób, ale wiem jak to wyglądało u mnie i tymi wspomnieniami mogę się z Wami podzielić.

Moja historia, czyli rak tarczycy dopadł mnie zupełnie niespodziewanie.
      Miałem 32 lata, gdy dowiedziałem się, że JA – zdrowy, młody facet, mąż i ojciec – wcale nie jestem taki zdrowy jak myślałem. Mam raka tarczycy. W jednej chwili mój świat stanął na głowie. Poczułem się totalnie zdezorientowany. Na początku nie wiedziałem ani co robić, ani co myśleć. Zacząłem więc szukać informacji na temat choroby, która mnie dotknęła. Co ją wywołuje, jak ją leczyć, jakie są rokowania, jak z nią żyć.
W odnalezieniu się w zupełnie nowej sytuacji, w której postawiła mnie choroba, pomogła mi pani endokrynolog, która przekonała mnie, że rak rdzeniasty tarczycy jest chorobą, którą się leczy skutecznie. Pomógł mi kontakt z osobą, która walczy już ponad dziesięć lat i dzielnie się trzyma. I pomogła mi lektura książki pod tytułem: „Zwyciężyć chorobę”, w której jej autor, Mariusz Wirga, w zwięzłej i bardzo przystępnej formie wprowadza czytelnika w strefę medycyny psychosomatycznej; pomaga radzić sobie ze stresem wywoływanym przez chorobę, rozwijać swoją osobowość oraz odczuwać szczęście i czerpać radość z życia, w każdym jego momencie... 
Ale może najlepiej będzie jak zacznę od początku:
     Pewnego letniego dnia zaczęła mnie boleć szyja z prawej strony i jakby trochę spuchła. Pomyślałem nawet, że może warto by się wybrać do lekarza, jednak ponieważ ból nie był dotkliwy (nazwał bym to raczej dyskomfortem niż bólem), a w dodatku był to ostatni tydzień przed moim urlopem i sporo miałem jeszcze spraw do pozamykania przed wyjazdem na wakacje, wizyta u lekarza przeszła do listy zadań do zrealizowania w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Po powrocie z wakacyjnych wojaży, ponieważ szyja ciągle pobolewała, a zgrubienie nie znikało, poszedłem dla „świętego spokoju” do lekarza pierwszego kontaktu. Tu pojawiło się pierwsze, rzekłbym delikatne, zaniepokojenie. Lekarz, który z natury jest bardzo pogodny, tym razem badając mnie bardzo się zatroskał. Wymacał moją szyję raz, następnie drugi raz i jeszcze raz coś sprawdził, po czym oznajmił nader poważnym tonem, iż to nie musi być nic poważnego, ale on zaleca mi zrobić USG tarczycy i badania krwi. Poszedłem więc pierwszy raz w życiu na USG, a tam niezbyt subtelny pan radiolog stwierdził: „ma pan sporego guza na prawym płacie tarczycy (…) ale wygląda łagodnie (…) musiał go pan sobie już trochę hodować, może rok, może nawet dłużej, (…) trzeba będzie wyciąć (…) młody pan jest, ogólnie zdrowy, to nie ma sprawy będzie się dobrze goiło, nie ma co tego zostawiać bo wcześniej czy później trzeba to i tak będzie wyciąć, więc lepiej załatwić sprawę od razu, a szczegóły to niech pan ustali w szpitalu z chirurgami (…) to powodzenia…” „POWODZENIA”? Łatwo powiedzieć, gorzej zrobić. Od dnia swoich urodzin nigdy nie byłem w szpitalu jako pacjent, a tu mi facet mówi: „wyciąć i po sprawie”. Nogi mi się lekko ugięły, ale skoro trzeba to trzeba.
Z wynikiem USG poszedłem do lekarza pierwszego kontaktu. Tam czekały już na mnie wyniki podstawowych badań krwi okazały się być w normie, TSH - również! Dostałem skierowanie do przychodni chirurgicznej w szpitalu oraz receptę na szczepionkę na żółtaczkę (jak mnie mają kroić, to lepiej się zaszczepić). Pojawiło się tylko pytanie jak szczepić się na tą żółtaczkę trybem zwykłym czy przyspieszonym? To jednak miało się wyjaśnić po wizycie w szpitalu i ustaleniu terminu zabiegu.
U chirurga w szpitalu krótka piłka: „faktycznie guz jest, trzeba usunąć, ale najpierw niech pan idzie do endokrynologa, następnie zrobi biopsję tarczycy i z wynikam zgłosi się do nas, wówczas określimy jak pilna jest operacja i w jakim zakresie ma być przeprowadzona”. I w tym momencie właściwie się uspokoiłem. Gdyby to było coś bardzo poważnego to działania zapewne byłyby bardziej zdecydowane, a tak to sobie spokojnie poczekam. Jednak jak przyszło ustalać termin do endokrynologa, mój spokój nieco zbladł gdy usłyszałem, że do końca roku terminów już nie ma, a na nowy rok jeszcze nie ma zapisów. To był drugi tydzień września… 
Żona (i inni najbliżsi też) nie dała mi w zasadzie wyboru. Usłyszałem, że nie mogę czekać tylko mam iść na prywatną konsultację do endokrynologa - natychmiast! Po szybkim rozeznaniu lokalnego rynku lekarskiego ustaliłem termin wizyty u powszechnie cenionej w moim mieści pani doktor. Podczas wizyty pani endokrynolog wykonała mi USG, przeprowadziła dokładny wywiad i stwierdziła, że wygląda jej to na wole guzowate, ale mimo wszystko powinienem pilnie wykonać biopsję tarczycy oraz RTG płuc z projekcją na tarczycę. Dowiedziałem się również, że jeżeli diagnoza się potwierdzi to może wystarczy mi usunąć tylko pół tarczycy co bardzo mnie ucieszyło, gdyż w przypadku usunięcia całej tarczycy człowiek musi już do końca życia zażywać leki hormonalne, a w przypadku usunięcia jej połowy, tarczyca powinna sobie radzić z produkcją hormonów bez wspomagania farmakologicznego. Tak więc sprawa wydawała się być wyjaśnioną, zostało jeszcze wykonać zalecone badania, ale to potraktowałem raczej jako formalność.
Na zdjęciach RTG nie wyszło nic złego więcej niż to co już wiedziałem, więc można rzec: OK. Biopsji, nie ukrywam, bałem się; jak się później okazało zupełnie niepotrzebnie. Po wykonaniu badania pani doktor przeprowadzająca biopsję poinformowała mnie, iż po wyniki muszę się zgłosić osobiście ponieważ takie są procedury, a wstępny termin odbioru wyników mam wcześniej potwierdzić telefonicznie. Pozostało czekać... Na dwa dni przed przewidywanym terminem odbioru wyników biopsji zostałem telefonicznie poproszony o powtórzenie badania TSH oraz zbadanie poziomu Kalcytoniny i dostarczenie tych wyników, celem przekazania ich patomorfologowi wykonującemu ocenę materiału pobranego w czasie biopsji. Tu zapaliło mi się czerwone światło. Mój spokój został ponownie zmącony. "Coś pewnie jest nie tak jak powinno skoro są potrzebne dodatkowe badania" - pomyślałem i udałem się na konsultacje do "Doktora Google". Jak łatwo się domyślić wiele się naczytałem, niezbyt wiele dowiedziałem, ale na pewno się przestraszyłem. Poszedłem jednak po rozum do głowy i postanowiłem zaprzestać szperania po internecie i poczekać spokojnie na wynik badania kalcytoniny (TSH było cały czas na właściwym poziomie) oraz biopsji.Czekanie na wynik biopsji chociaż trwało zaledwie parę dni nie było jednak tak spokojne jak sobie planowałem, bowiem poziom kalcytoniny w moim organizmie okazał się być przekroczony siedemdziesięciokrotnie. Taki wynik skłonił mnie do wznowienia poszukiwań w internecie, co oczywiście zaowocowało pojawieniem się wielu pytań (na razie bez odpowiedzi) i obaw (bardziej lub mniej uzasadnionych)...
24 września 2009 roku, o wcześniej ustalonej godzinie zgłosiłem się do pani chirurg, która wykonywała biopsję, aby poznać wyniki badania. Zostałem poproszony do gabinetu gdzie rzeczowo poinformowano mnie, iż wyniki biopsji były niejednoznaczne, dlatego też telefonicznie poproszono mnie o dostarczenie wyników badań TSH oraz kalcytoniny. Na podstawie tych wyników, oraz próbki pobranej podczas biopsji lekarz patomorfolog postawił diagnozę, iż najprawdopodobniej mam raka rdzeniastego tarczycy. Przyjąłem to chłodno. Po wcześniejszej lekturze, gdzieś w głębi duszy spodziewałem się takiej diagnozy. Dowiedziałem się jeszcze od pani doktor, iż nawet jeżeli faktycznie jest to ten rak, to można go leczyć i zasugerowała konkretny instytut onkologii mający duże doświadczenie w leczeniu tego typu schorzeń. Podziękowałem za dobrą radę, pożegnałem się i wyszedłem. Wsiadłem do samochodu i wtedy zaczęło do mnie docierać to co przed chwilą usłyszałem. Zacząłem drętwieć na ciele i umyśle... Wziąłem się jednak trochę w garść i spróbowałem działać... Po pierwsze powinienem zadzwonić do żony, przecież umówiłem się z nią, że jak tylko będę znał wynik do dam jej znać. Ale co jej powiedzieć? "Cześć Kochanie właśnie się dowiedziałem, że mam raka" ??? ... Totalny mętlik w głowie... Wybrałem na komórce numer do pani endokrynolog... Zajęte. Próbuję jeszcze raz. Dalej zajęte. I tak jeszcze z pięć razy... Jak to wszystko długo trwa... W końcu udało się! Rozmawiam z panią doktor, mówię co się przed momentem dowiedziałem i proszę o spotkanie; umawiamy się na następny dzień. Teraz muszę zadzwonić do żony... Odbiera natychmiast i wypytuje co się dowiedziałem. Nie odpowiadam wprost, trochę kluczę, mydlę oczy i owijam w bawełnę, a na koniec dodaję, że się umówiłem jeszcze na konsultacje. Ponieważ mam nie tylko kochająca, ale i inteligentną żonę, a ponadto znamy się już bardzo długo, więc mój sposób przekazywania informacji może nieco łagodzi wydźwięk przekazu jednak wszyscy zainteresowani wiedzą co jest grane. Słyszę w słuchawce nieme przerażenie i cichuteńki płacz....

Dlaczego ja? Dlaczego teraz? Przecież nie palę tytoniu ani innych używek, alkohol piję sporadycznie i z umiarem, ciepło się ubieram, poważniej nie choruję, nie prowadzę siedzącego trybu życia.... Więc dlaczego??? Umrę szybko czy jeszcze trochę pożyję. Mój synek jest jeszcze taki mały - potrzebuje taty. Przestanę pracować? Z czego będzie utrzymywała się moja rodzina? Jeśli pożyję jeszcze trochę to jak to życie będzie wyglądało? Co mam mówić rodzinie i znajomym? Jeśli umrę to moja żona powinna wyjść za mąż, muszę to jasno jej i innym powiedzieć, jest przecież młoda i nie może zostać samotna, musi dalej żyć i opiekować się naszym synem. Za ile umrę? Co jest po śmierci? Jak moją śmierć zniosą najbliżsi? Jak to się leczy? Czy długo to się leczy?... 
    Mniej więcej takie myśli (i jeszcze wiele innych mniej lub bardziej sensownych) kołatały się w mojej głowie gdy czekałem na konsultację z panią endokrynolog. Po prostu byłem przerażony. W głowie mi wirowało. Na zewnątrz udawałem twardziela aby nie martwić otoczenia, ale wewnątrz byłem totalnie rozbity. Moja kochana żona starała się jakoś trzymać ale widziałem, że jest wstrząśnięta, bardzo to przeżywa. Rozmowy się nam nie kleiły chociaż chcieliśmy pogadać. Moi rodzice i teściowie również byli bardzo przestraszeni i chyba ciągle nie dowierzali w to, o czym się dowiedzieli. Atmosfera była ciężka, jednak robiliśmy wszystko by, póki co, nasz brzdąc nie zorientował się w sytuacji (jak będziemy wiedzieli więcej, to powoli będziemy go przygotowywali do najprawdopodobniejszego scenariusza), na razie wie, że tatuś robił sobie badania bo go bolała szyja...
W końcu minęła doba i pojechałem na umówione spotkanie z lekarką. Pojechałem sam, chociaż jak łatwo zgadnąć nie było to łatwe do zrealizowania, bo przecież: i żona, i mama, i teść, każdy był gotów jechać ze mną aby mnie wspierać. Ja mimo wszystko wolałem pojechać sam i rodzina to uszanowała. Ich troska i życzliwość jednak mnie podbudowały. Spotkanie z panią doktor okazało się strzałem w dziesiątkę. Przeprowadziliśmy spokojną, rzeczową rozmowę, która bardzo mnie uspokoiła i pomogła rozpocząć pozytywnie myśleć. Dowiedziałem się konkretnie, że jeżeli nawet wstępna diagnoza się potwierdzi to i tak mam myśleć o swojej przyszłości w jasnych barwach. Raka rdzeniastego tarczycy w obecnych czasach się leczy i leczenie jest skuteczne. Na potwierdzenie podała mi konkretny przykład pacjenta, w wieku zbliżonym do mojego, który walczy (z sukcesami) z tą chorobą. Zadałem lekarce kilka pytań, na które cierpliwie odpowiadała (czasami nawet trzy razy na to samo pytanie) i wysłuchałem wszystkiego co powinienem na tym etapie wiedzieć. Na "do widzenia" pani doktor jeszcze raz podkreśliła bym MYŚLAŁ POZYTYWNIE! 
Wyszedłem z gabinetu z pozytywną energią i wiarą w wyleczenie.
Nadzieja, a może nawet pewność możliwości wyleczenia, którą zaszczepiła mi w serce i umysł pani doktor okazała się tak silna, iż udało mi się ją (przynajmniej w części) przelać w serca i umysły moich najbliższych. Wszyscy się nieco uspokoiliśmy...Ja rozpocząłem proces leczenia...


poniedziałek, 21 marca 2016

BAC - biopsja aspiracyjna cienkoigłowa

Biopsja aspiracyjna cienkoigłowa (BAC) tarczycy to badanie, które wykonywane jest u większości osób mających guzy na tarczycy. Wiele opracowań mówi o konieczności wykonania biopsji każdej zmiany, której wielkość przekracza 1 cm, natomiast aktualne rekomendacje "Diagnostyka i leczenie raka tarczycy" koncentrują się na ultrasonograficznych i klinicznych cechach ryzyka złośliwości ognisk i podkreślają, że rozmiar zmiany nie jest najważniejszym kryterium wyboru miejsca BAC lecz jej obraz USG - w pierwszej kolejności należy nakłuwać ogniska z podejrzanym obrazem ultrasonograficznym.  Tak czy inaczej decyzję o wykonaniu biopsji tarczycy (lub węzła chłonnego) podejmuje lekarz, a pacjentowi pozostaje poddać się temu badaniu. 
Badanie polega na nakłuciu guzka tarczycy (lub węzła chłonnego) pod kontrolą USG i pobraniu z niego materiału do badania cytologicznego (czyli oglądnięcia pobranych komórek pod mikroskopem przez lekarza patomorfologa). BAC tarczycy często wywołuje różne obawy u pacjentów (zwłaszcza u tych, którzy nigdy jeszcze takiego badania nie mieli wykonywanego). Postaram się więc teraz opisać to badanie od strony praktycznej by nieco uspokoić osoby, które po raz pierwszy otrzymały skierowanie na biopsję tarczycy i nie wiedzą czego mają się po nim spodziewać.
1.Biopsja tarczycy nie wymaga specjalnego przygotowania poza ewentualnym odstawieniem leków przeciwzakrzepowych. Jeżeli pacjent przyjmuje leki wpływające na krzepliwość krwi powinien skonsultować z lekarzem czy ma te leki odstawić przed badaniem, a jeżeli tak, to jak zrobić to bezpiecznie.
2. Zgłaszając się na biopsję pacjent NIE musi być na czczo.
3. Do badania pacjent kładzie się na leżance, a pod szyję ma podłożony wałek, co wymusza mocne odchylenie głowy do tyłu. W takim, średnio wygodnym, ułożeniu ciała lekarz przykłada do szyi cieniutką rureczkę przez którą następnie wprowadzana jest igła do pobrania materiału diagnostycznego. Wkłuwanie nie trwa zbyt długo i  nie jest jakoś szczególnie bolesne; powiedział bym raczej, że jest nieprzyjemne. W sporadycznych przypadkach pacjenci określają ból związany z nakłuwaniem jako duży. Nakłucie odbywa się pod kontrolą USG. 
4. BAC tarczycy (węzła chłonnego) jest zabiegiem stosunkowo bezpiecznym, nie powodującym w zasadzie powikłań. W zdecydowanej większości przypadków po badaniu pozostaje przez kilka dni jedynie ledwie widoczny punkcik na szyi w miejscu wkłucia igły. Czasami zdarza się, że w miejscu wkłucia tworzy się siniec. Niektórzy pacjenci mówią też o odczuwaniu lekkiego bólu w okolicy wkłucia  przez parę dni po badaniu.

          Na zakończenie dodam, że biopsja aspiracyjna cienkoigłowa często ułatwia podjęcie decyzji o tym czy chory powinien zostać skierowany na operację czy można od niej odstąpić i ograniczyć się do dalszej obserwacji, jednak 100% pewności co do rodzaju i charakteru zmiany chorobowej daje tylko pełne pooperacyjne badanie histopatologiczne. Nie mniej, trzeba też pamiętać, że nie każda zmiana tarczycy wymaga przeprowadzania zabiegu chirurgicznego.

Bibliografia kliknij TUTAJ
źródło grafiki: http://cewilton.blogspot.com/2011/03/march-11-2011-needle-to-neck_12.html

poniedziałek, 2 listopada 2015

Mitologia onkologiczna, czyli: skrajności nikomu nie służą.


Stwierdzenie, że w świadomości społecznej funkcjonuje wiele fałszywych przekonań o chorobach nowotworowych, nie jest odkrywcze. Ale faktem jest również to, iż pomimo wielu kampanii informacyjnych głoszących, że rak to nie wyrok, w momencie gdy kogoś osobiście dotknie problem onkologiczny, większość z ludzi zapomina o tym "nie". Odżywa mit: diagnoza rak = wyrok śmierci. Pojawia się strach, przerażenie i zwątpienie. I nie ma w tym nic dziwnego, strach przed czymś nowym, niewiadomym, groźnym jest zupełnie naturalny. Istotnym jednak jest by stan przerażenia nie stał się stanem chronicznym. By nadszedł moment (oby jak najszybciej), w którym mit: rak to wyrok został zastąpiony racjonalnym myśleniem. Bo fakt jest taki, że rak to oczywiście choroba potencjalnie śmiertelna, jednak każdy przypadek tej choroby należy rozpatrywać indywidualnie, a jej przebieg jest uzależniony od rodzaju i umiejscowienia nowotworu, stadium zaawansowania choroby, ogólnego stanu zdrowia pacjenta i jeszcze wielu innych czynników. A w odniesieniu do raka tarczycy, przypominam, że zdecydowana większość przypadków tej choroby to nowotwory zróżnicowane, na leczenie których medycyna posiada skuteczne sposoby, natomiast pozostałe (nieliczne) raki tarczycy, chociaż jest mniej sposobów ich leczenia, wraz z postępem medycyny pozwalają coraz lepiej rokować.Bardziej szczegółowo o konkretnych rodzajach nowotworów złośliwych tarczycy i sposobach ich leczenia pisałem już wcześniej (lub w przyszłości napiszę) w innych notatkach na tym blogu.
To by było na tyle jeśli chodzi o straszenie rakiem, ale pomysłowość ludzka nie zna granic. Czytając różne fora internetowe zauważyłem, że pojawił się nowy mit dotyczący raka tarczycy. Otóż dowiedziałem się, że rak tarczycy to nie rak, że to taki rak w wersji DEMO, na to się nie umiera. Domyślam się, że celem wygłaszania takich twierdzeń jest chęć podnoszenia na duchu osób chorych, jednak skutkiem ubocznym takiego działania może być powstanie przekonania, że rak tarczycy jest niegroźny, że można go bagatelizować, co jest oczywistą nieprawdą. Każdy nieleczony rak tarczycy prowadzi do śmierci. Trywializowanie raka tarczycy jest według mnie równie szkodliwe jak jego demonizowanie.
Na koniec mój apel do wszystkich osób chorych na raka tarczycy, diagnozowanych pod kątem tej choroby lub też towarzyszących osobom chorym:
Szanowni Państwo odłóżcie emocje na bok (choć wiem, że nie jest to łatwe), nie wsłuchujcie się bezkrytycznie w opinie innych osób chorujących na raka tarczycy, o wszystko co budzi Wasze wątpliwości dopytujcie lekarzy i bądźcie dobrej myśli.

sobota, 6 czerwca 2015

Poradniki.

O raku tarczycy zaczyna się coraz więcej mówić i pisać. Również w formie przystępnej dla pacjentów. Poniżej podaję linki do poradników/informatorów dla osób chorych na raka tarczycy lub ich bliskich.

     1. Broszura Rak tarczycy
     2. Poradnik Motyle pod ochroną


wtorek, 17 lutego 2015

Rak rdzeniasty tarczycy - cz.2

Podstawową metodą leczenia raka rdzeniastego tarczycy jest leczenie operacyjne polegające na całkowitym wycięciu tarczycy oraz centralnych węzłów chłonnych szyi. W przypadku gdy ognisko pierwotne raka przekracza 1 cm średnicy usuwany zazwyczaj jest również boczny układ chłonny szyi od strony guza. W przypadkach bardziej zaawansowanych postaci choroby może zostać przeprowadzone usunięcie węzłów chłonnych po obu stronach szyi (obustronna limfadenektomia  szyjna boczna). Nawroty miejscowe oraz pojedyncze przerzuty odległe raka rdzeniastego również leczy się operacyjnie. Po zabiegu usunięcia tarczycy chorzy muszą otrzymywać L-tyroksynę w dawkach substytucyjnych, czyli zapewniających utrzymanie stężenia TSH na poziomie normy dla osób zdrowych. 
Leczenie izotopowe jest rozważane w nieoperacyjnym raku rdzeniastym jako leczenie paliatywne. Wykorzystuje się do niego izotop jodu 131 na nośniku metajodobenzylgwanidyny (131I-mIBG), jednak do tej metody leczenia kwalifikuje się jedynie 30-40% chorych - ci, którzy wykazują gromadzenie znacznika. Dobrą odpowiedź na leczenie uzyskuje się u około połowy tych osób, ale pełna reemisja po przebytym leczeniu należy do rzadkości. 
Radioterapia i chemioterapia stanowią jedynie leczenie uzupełniające, znajdujące zastosowanie głównie w zaawansowanych stadiach choroby i tylko w niektórych przypadkach. 
Radioterapia bywa stosowana u pacjentów, u których po zabiegu usunięcia przerzutów do węzłów chłonnych stężenie kalcytoniny nie normalizuje się, a równocześnie nie stwierdza się u nich obecności przerzutów odległych (wykonuje się wówczas naświetlania obszaru szyi i śródpiersia). Radioterapia znajduje również zastosowanie w przypadkach miejscowego zaawansowania choroby. np  jako leczenie przeciwbólowe.
Chemioterapia może być rozważana przy niepowodzeniu innych metod leczenia, jednak jej skuteczność jest na ogół niewielka (odpowiedzi kliniczne na leczenie wynoszą poniżej 20%) i nie ma tu znaczenia czy stosuje się chemioterapię monolekową czy schematy wielolekowe.
U chorych, u których doszło do uogólnienia procesu nowotworowego i rozwoju przerzutów do wątroby, doprowadzających do ciężkiej biegunki oraz silnych dolegliwości bólowych w jamie brzusznej, jest niekiedy przeprowadzana chemoembolizacja tętnicy wątrobowej, której celem jest zmniejszenie masy guzów.
Do leczenia (minimalizowania) objawów, takich jak biegunka, napady zaczerwienienia, spadek masy ciała, bóle kości, wywoływanych przez produkowane w guzach hormony znajdują zastosowanie analogi somatostatyny. Efektywność tych analogów najlepiej udokumentowano w przypadkach leczenia biegunki towarzyszącej uogólnionej postaci RRT.
Obecnie duże nadzieje w leczeniu raka rdzeniastego tarczycy pokłada się w możliwości terapii farmakologicznej przy zastosowaniu inhibitorów kinazy tyrozynowej. Inhibitory kinazy tyrozynowej działają w ten sposób, że blokują aktywność enzymów zwanych kinazami tyrozynowymi, które występują w określonych receptorach (np.receptorach VEGF, MET i RET) na powierzchni komórek (w tym komórek nowotworowych) gdzie aktywują kilka procesów, między innymi podziały komórkowe i wzrost nowych naczyń krwionośnych. Poprzez blokowanie tych receptorów w komórkach nowotworowych lek zmniejsza wzrost i rozprzestrzenianie się nowotworu.
W Stanach Zjednoczonych od 2011 roku, a w Europie od 2012  roku wprowadzono do leczenia w  zaawansowanych przypadkach RRT substancję o nazwie Vandetanib (Wandetanib).  Nazwa handlowa w USA to Zactima, a w UE Caprelsa. Jest to doustny inhibitor kinazy tyrozynowej stosowany w przypadku gdy choroba jest agresywna i wywołuje objawy, a nowotwór nie może być usunięty za pomocą zabiegu chirurgicznego lub rozszerzył się na inne części organizmu. Na ocenę skuteczności oraz działań niepożądanych leku należy poczekać, uwzględniając obserwacje obejmujące większe grupy chorych. Wiadomym jednak jest, iż leczenie nie jest pozbawione toksyczności, m.in. może powodować zagrażające życiu zaburzenia przewodnictwa elektrycznego serca, a do najczęstszych działań niepożądanych należą: biegunka, wysypka skórna, trądzik, nadciśnienie tętnicze, nudności, bóle głowy, brak apetytu. Ponadto pojawiły się wątpliwości dotyczące wielkości korzystnego wpływu leku u pacjentów bez mutacji RET. W Polsce Vandetanib jest zarejestrowanym, ale nie refundowanym, lekiem do leczenia zaawansowanego RRT.
W dniu 21 marca 2014 r. Komisja Europejska przyznała, ważne w całej Unii Europejskiej pozwolenie na dopuszczenie do obrotu leku Cometriq, którego substancją czynną jest kabozantynib będący inhibitorem receptorów kinazy tyrozynowej. Jest to lek dla osób dorosłych chorych na raka rdzeniastego tarczycy do stosowania w przypadku, gdy raka nie można usunąć chirurgicznie oraz gdy jest on zaawansowany lub rozprzestrzenił się do innych części ciała. Niestety stosowanie tego leku wiąże się z możliwością pojawienia wielu skutków ubocznych. Najczęściej pojawiające się poważne działania niepożądane to: zapalenie płuc, stany zapalne błon śluzowych, hipokalcemia (niskie stężenie wapnia we krwi), dysfagia (trudności w przełykaniu), odwodnienie, zatorowość płucna (skrzepy w naczyniach krwionośnych dostarczających krew do płuc) i nadciśnienie. Może też pojawić się: erytrodystezja dłoniowo-podeszwowa (zespół ręka–stopa obejmujący wysypkę oraz drętwienie dłoni i podeszew stóp), biegunka, utrata apetytu, zmiana barwy włosów, osłabienie i inne. Mimo takiej mnogości działań niepożądanych uznano je za możliwe do kontrolowania i dopuszczalne ze względu na to, iż niewiele jest dostępnych innych możliwości leczenia zaawansowanego raka rdzeniastego tarczycy. Leczenie przy użyciu Cometriq prowadzone jest do momentu gdy pacjent przestaje odnosić korzyści z leczenia lub gdy działania niepożądane stają się zbyt ciężkie. Korzyści ze stosowania leku Cometriq mogą być mniejsze w przypadku pacjentów z nowotworem, w którym nie występuje mutacja genu zwanego genem „przebudowanym podczas transfekcji” /ang. re-arranged during transfection, RET/.
Jednym z podstawowych elementów oceny skuteczności zastosowanego leczenia w raku rdzeniastym tarczycy jest zbadanie stężenia kalcytoniny. Normalizacja podwyższonego przedoperacyjnie stężenia hormonu do wartości prawidłowych po przebytej operacji potwierdza jej radykalność. Utrzymywanie się wartości nieprawidłowych, pomimo makroskopowej i mikroskopowej radykalności zabiegu, przemawia za obecnością mikroognisk raka (najczęściej w węzłach chłonnych).
Monitorowanie chorych na RRT prowadzi się przez całe życie chorego i polega ono na wykonywaniu badań kontrolnych co 3 - 6 miesięcy w ciągu pierwszych 5 lat i co 6 miesięcy w okresie późniejszym. Badania kontrolne powinny obejmować:
- wywiad
- USG szyi
- RTG lub KT klatki piersiowej (raz w roku)
- badanie poziomu kalcytoniny i CEA.
Jeżeli podstawowe stężenie kalcytoniny jest prawidłowe to raz w roku powinna zostać wykonana próba wapniowa lub pentagastrynowa. W przypadku gdy wzrost stężenia kalcytoniny sugeruje istnienie ogniska nowotworowego, a nie jest ono widoczne w klasycznych badaniach obrazowych, wówczas zazwyczaj wykonuje się badanie PET. Należy mieć jednak świadomość, iż kalcytonina jest tak bardzo czułym markerem rozsiewu raka rdzeniastego tarczycy, że sygnalizuje obecność nawet tak niewielkich ognisk, które nie mogą być jeszcze wykrywalne w żadnym badaniu obrazowym. Dlatego nie należy się oburzać, że mając kalcytoninę na poziomie np. 120 pg/ml nie są wykonywane badania obrazowe (zgodnie z rekomendacjami polskimi z roku 2010 przy stężeniu Ct<150 pg/ml nie ma uzasadnienia dla wykonywania badań CT, MRI lub PET, gdyż nie są one w stanie wykryć ogniska).
Wzrost stężenia CEA przemawia za znacznym zaawansowaniem choroby.

UWAGA:
W odniesieniu do leczenia dziedzicznego raka rdzeniastego tarczycy pojawia się zagadnienie operacji profilaktycznych u bezobjawowych nosicieli mutacji protoonkogenu RET. Na dzień dzisiejszy w sytuacji gdy osoba zdrowa ma jednoznacznie potwierdzoną przez dwa niezależne ośrodki mutację genu RET, zalecane jest wykonanie profilaktycznego wycięcia całej tarczycy (niezależnie od zmian histopatologicznych w niej występujących).
Temat profilaktycznego wycinania tarczycy u osób zdrowych ze stwierdzoną obecnością mutacji protoonkogenu RET jest zagadnieniem względnie nowym i ciągle poznawanym. Okres przeprowadzanych obserwacji pacjentów poddanych operacjom profilaktycznym jest stosunkowo krótki (pierwsze doniesienia o profilaktycznych tyreoidektomiach pojawiły się w 1995r.) co nie pozwala na stawianie jednoznacznych tez. Niemniej jednak uważa się, iż operacje profilaktyczne stanowią lepsze zabezpieczenie przed rozwojem choroby nowotworowej niż stałe monitorowanie stężenia kalcytoniny we krwi. I w zasadzie już od samego początku stawiano raczej pytanie „Kiedy operować?”, a nie „Czy operować?” w przypadku stwierdzenia obecności mutacji. Należy bowiem pamiętać, iż ze względu na wieloogniskowy charakter RRT (jeśli jego rozwój ma podłoże genetyczne) istnieje ryzyko pojawienia się zmian przerzutowych niekiedy nawet w bardzo wczesnym wieku. I tu pojawiają się wśród pacjentów chyba największe wątpliwości, bo o ile zabieg profilaktyczny u osób dorosłych nie wzbudza bardzo wielkich emocji o tyle wycinanie dziecku (wydawać by się mogło zupełnie zdrowemu) narządu, który jest odpowiedzialny za prawidłowy rozwój tego małego człowieka, wydaje się niektórym osobom czymś irracjonalnym by nie napisać barbarzyńskim. Należy jednak w tym miejscu zaznaczyć, iż w razie wykrycia mutacji protoonkogenu RET prawdopodobieństwo wystąpienia choroby nowotworowej do 35-40 roku życia przekracza 95%, a u większości nosicieli nowotwór rozwinie się w 10-15 roku życia choć możliwy jest również jeszcze wcześniejszy jego rozwój. Ponadto należy pamiętać, iż dobre wyniki leczenia RRT (ponad 90% wyleczeń) można uzyskać tylko we wczesnym stadium choroby. Najskuteczniejsze są zabiegi wykonane na niezmienionym gruczole lub tylko z przerostem komórek C tarczycy. W związku z powyższym na dzień dzisiejszy zaleca się by w przypadku wykrycia nosicielstwa mutacji protoonkogenu RET wykonywać zabieg profilaktycznej tyreoidektomii u dzieci:
- w przypadku FMTC oraz zespołu MEN 2A w 5-6 roku życia (niektóre źródła mówią o 2 - 4 roku życia), w zależności od lokalizacji zmutowanego kodonu.
- w przypadku MEN 2B do 1 roku życia (mówi się nawet o 5 - 7 miesiącu życia dziecka)
Istotnym jest by zabieg profilaktycznego, całkowitego usunięcia tarczycy był wykonywany w wyspecjalizowanych ośrodkach, ryzyko powikłań pooperacyjnych w nich, nie przekracza 2% i nie jest uzależnione od wieku operowanych dzieci. Oczywiście trzeba uczciwie zaznaczyć, iż trwałe powikłania pooperacyjne zdarzają się i są to najczęściej niedoczynność przytarczyc lub jednostronne uszkodzenie nerwu krtaniowego wstecznego, a przeprowadzenie interwencji chirurgicznej nawet w fazie przedinwazyjnej nie gwarantuje 100% skuteczności wyleczenia RRT.
Po operacji konieczne jest dobrze monitorowane leczenie substytucyjne tyroksyną. Uważne kontrolowanie stężeń TSH i fT4 w pełni zapewnia eutyreozę (prawidłowe poziomy hormonów tarczycy) i gwarantuje prawidłowy rozwój dziecka, w związku z tym obawa przed skutkami braku tarczycy nie powinna być przyczyną odkładania operacji, której zaniechanie może doprowadzić do śmierci.

Bibliografia kliknij TUTAJ

Aktualizacja wpisu:
10 stycznia 2016

poniedziałek, 3 listopada 2014

Rak rdzeniasty tarczycy - cz.1

Rak rdzeniasty tarczycy /łac. carcinoma medullare/ jest neuroendokrynnym nowotworem złośliwym, który powstaje z okołopęcherzykowych komórek C. Rak ten pod względem złośliwości i przebiegu klinicznego zajmuje miejsce pośrednie między zróżnicowanymi, a anaplastycznymi rakami tarczycy. Szerzy się w organizmie zarówno drogą chłonną, jak i krwionośną w związku z czym może przerzucać się do węzłów chłonnych, wątroby, kości i płuc.
U większości chorych pierwszym objawem RRT jest bezbolesny (zazwyczaj), stopniowo powiększający się guzek tarczycy. Dynamika wzrostu guza jest różna w zależności od konkretnego przypadku, zwykle jednak nie jest zbyt wysoka. U kilku, kilkunastu procent osób chorych na RRT występuje biegunka, która wiąże się z zaawansowaną postacią nowotworu, a wywoływana jest wydzielaniem przez guz czynnych biologicznie peptydów i amin. Przy znacznym zaawansowaniu miejscowym choroby pojawia się duszność, uczucie przeszkody przy połykaniu, a nawet zaburzenia połykania. Natomiast rozsianej postaci nowotworu mogą towarzyszyć: kaszel, powiększenie wątroby, szybka utrata wagi ciała oraz bolesność kośćca.
Wstępne rozpoznanie raka rdzeniastego tarczycy następuje na podstawie badania fizykalnego (wyczucia guza ręką), USG tarczycy, biopsji aspiracyjnej cienkoigłowej i badania poziomu kalcytoniny (Ct) we krwi. Kalcytonina jest markerem RRT czyli substancją produkowaną przez komórki nowotworowe, raka rdzeniastego tarczycy. Znaczny wzrost stężenia kalcytoniny obserwuje się w ponad 90% przypadków tego typu raka.
Potwierdzenie (lub zaprzeczenie) wstępnej diagnozy następuje po wykonaniu badania histopatologicznego materiału pooperacyjnego (czyli tego co zostało wycięte w trakcie operacji usunięcia tarczycy). 
Warto wiedzieć, iż w przypadku podejrzenia RRT, u każdego chorego przed tyreidektomią (usunięciem tarczycy) musi być przeprowadzona diagnostyka w kierunku guza chromochłonnego. W przypadku stwierdzenia obecności takiego guza należy, ze względu na niebezpieczeństwo przełomu nadciśnieniowego oraz innych powikłań, wykonać w pierwszej kolejności operacyjne usunięcie guza chromochłonnego, a dopiero później operację tarczycy.
Rak rdzeniasty tarczycy może występować w postaci sporadycznej lub dziedzicznej, której wystąpienie związane jest z obecnością mutacji protoonkogenu RET. Aby określić który to rodzaj raka musi zostać przeprowadzone badanie genetyczne krwi pacjenta oraz wywiad rodzinny. Trzeba  przy tym pamiętać, że każdy przypadek RRT (bez względu na wynik wywiadu rodzinnego) wymaga przeprowadzenia badania DNA pod kątem obecności mutacji protoonkogenu RET. Dodatkowym wskaźnikiem potwierdzającym (lub wykluczającym) dziedziczną postać nowotworu jest badanie immunohistochemiczne (IHC) materiału pooperacyjnego. 
W przypadku stwierdzenia postaci dziedzicznej (dodatni wynik badania DNA) raka rdzeniastego tarczycy, badaniom genetycznym krwi powinni zostać poddani najbliżsi członkowie rodziny osoby chorej (rodzice, rodzeństwo, dzieci) ponieważ ryzyko wystąpienia u nich choroby wynosi 50%. Wynik ujemny pełnego badania DNA wyklucza postać dziedziczną choroby z około 95% prawdopodobieństwem i w związku z tym w przypadku zdiagnozowania u pacjenta sporadycznej postaci RRT nie przeprowadza się badań genetycznych u członków jego rodziny.
Jeżeli dziedzicznemu RRT nie towarzyszą żadne inne (niż przy raku tarczycy) objawy, wówczas mówi się o rodzinnym raku rdzeniastym tarczycy /FMTC, ang. familial medullary thyroid carcinoma/. Częściej jednak dziedziczna postać RRT jest objawem zespołu gruczolakowatości wewnątrzwydzielniczej typu 2 /MEN 2,  ang. multiple endocrine neoplasia type 2/
W zależności od obrazu klinicznego wyróżnia się dwa podtypy MEN 2:
- MEN 2A (nazywany również zespołem Sipple'a), w którym obok raka rdzeniastego tarczycy mogą występować guzy chromochłonne nadnerczy (u około 50% chorych), a także gruczolaki lub nadczynność przytarczyc (u 15-25% chorych). W nietypowych (rzadkich) postaciach tego zespołu może się pojawić liszaj amyloidowy skóry lub choroba Hirschsprunga. Należy pamiętać, że Guzy chromochłonne nadnerczy charakteryzują się napadowym nadciśnieniem tętniczym, przebiegającym z tachykardią, może im towarzyszyć zblednięcie i nadmierne pocenie się, a nierozpoznany, zbyt późno rozpoznany lub nieprawidłowo leczony guz chromochłonny może być przyczyną nagłej śmierci i stanowi nawet większe zagrożenie dla życia chorego niż RRT, który w zespole MEN 2A może przebiegać mało agresywnie.
- MEN 2B, w którym obok raka rdzeniastego tarczycy (w tym zespole rozwijającego się już u małych dzieci i przebiegającego zwykle agresywnie) u około połowy chorych również mogą się pojawić guzy chromochłonne nadnerczy, nie występuje natomiast nadczynność przytarczyc. Cechą charakterystyczną dla osób dotkniętych tym zespołem są nerwiaki błon podśluzówkowych (np. języka, warg), a u części chorych stwierdza się też marfanoidalne cechy budowy ciała.
U dzieci osób chorych na MEN2A lub FMTC badania nosicielstwa mutacji RET należy przeprowadzić począwszy od ich 2-3 roku życia; koniecznie przed 5 rokiem życia. W przypadku MEN2B, badania należy wykonać przed ukończeniem pierwszego roku życia potomka osoby chorej, ponieważ w tym zespole zachorowania na inwazyjnego raka rdzeniastego tarczycy mogą wystąpić już przed ukończeniem 1 roku życia dziecka. Badania te są bezpieczne i mało inwazyjne, wykonuje się je z próbek krwi obwodowej.
Odróżnienie FMTC od zespołu MEN2A wymaga dłuższej obserwacji, ponieważ RRT ujawnia się najwcześniej, a guzy chromochłonne mogą się ujawnić dopiero po latach i niekoniecznie wystąpią u wszystkich członków rodziny, u których rozwinął się rak rdzeniasty tarczycy. Dlatego zazwyczaj przyjmuje się , że rozpoznanie prawdziwego rodzinnego RRT jest pewne dopiero wtedy, gdy w rodzinie występują już co najmniej 4 przypadki raka rdzeniastego tarczycy, którym nie towarzyszy ani guz chromochłonny ani nadczynność przytarczyc. Jeśli liczba chorych na RRT jest mniejsza od czterech, mówi się o postaci niesklasyfikowanej.

Bibliografia kliknij TUTAJ

piątek, 2 maja 2014

Leczenie jodem promieniotwórczym - cz. 2

Leczenie izotopem jodu w praktyce.
Jodowanie polega na doustnym podaniu pacjentowi promieniotwórczego izotopu jodu. Radiofarmaceutyk, ze względu na rozpad promieniotwórczy, musi zostać zaaplikowany choremu w ściśle określonym czasie (niewykorzystany w tym czasie zmarnuje się), a ponieważ dawka przygotowywana jest dla konkretnego pacjenta, istotnym jest aby pacjent stawił się na leczenie w umówionym terminie (lub z wyprzedzeniem poinformował o braku takiej możliwości). W niektórych ośrodkach dodatkowo wymagane jest by na miesiąc przed planowanym rozpoczęciem terapii potwierdzić telefoniczne, iż zgłosi się w wyznaczonym terminie na leczenie; w przeciwnym wypadku pacjent  zostaje wykreślony z listy osób mających zostać poddanych leczeniu w tym terminie.
Terapia izotopowa przeprowadzana jest w oparciu o pewne zasady ogólne, jednak w zależności od ośrodka, jej przebieg może się różnić w szczegółach. Dlatego, aby uniknąć nieprzewidzianych sytuacji, należy w konkretnym ośrodku, który będzie przeprowadzał leczenie, uzyskać komplet informacji na temat przebiegu leczenia: co należy zabrać ze sobą, ile orientacyjnie będzie trwać pobyt w szpitalu, czy w dniu zgłoszenia na leczenie zostanie się od razu przyjętym do szpitala, czy też część procedur (np. badanie jodochwytności) będzie przeprowadzana w trybie ambulatoryjnym.
W wyznaczonym terminie należy stawić się w szpitalu (zazwyczaj na izbie przyjęć), skąd jest się kierowanym na odpowiedni oddział. Na wstępie wykonywane są badania krwi, a w przypadku kobiet również test ciążowy. W dalszej kolejności, jeżeli zachodzi taka potrzeba, są przeprowadzane badania dodatkowe. Osoby, które nie miały zaleconej minimum miesięcznej przerwy w przyjmowaniu L-tyroksyny, zanim otrzymają jod radioaktywny, przez dwa kolejne dni mają podawaną a-tyreotropinę w zastrzyku domięśniowym. Kolejnym etapem jest zaaplikowanie pacjentowi niewielkiej dawki jodu celem zbadania jodochwytności. Gdy wszystkie badania i procedury przygotowujące zostaną przeprowadzone, pacjent zostaje umieszczony  na Oddziale Terapii Izotopowej, który jest oddziałem zamkniętym. Od tej reguły nie ma wyjątku, terapia izotopowa zawsze przeprowadzana jest na oddziale zamkniętym. Przechodząc na oddział zamknięty pacjent zabiera ze sobą w torbie foliowej (reklamówce) tylko niezbędne rzeczy. Pozostałe deponuje w szatni, pamiętając o tym, iż wszystko co będzie miał przy sobie w trakcie pobytu na Oddziale Terapii Izotopowej, musi pozostawić do utylizacji opuszczając ten oddział. Postępowanie takie wynika z faktu, iż każda rzecz wniesiona na Oddział Terapii Izotopowej, może ulec skażeniu, a tym samym w pełni bezpieczne jej użytkowanie będzie możliwe dopiero po całkowitym rozpadzie izotopu, co może trwać nawet kilka miesięcy.
Jod podawany jest doustnie, pod postacią kapsułki. Radiofarmaceutyk przyjmuje się na czczo, a po połknięciu go nie można jeść jeszcze przez 3 godziny. Po przyjęciu leczniczej dawki jodu-131 pacjent zostaje zamknięty w izolatce, której nie może opuszczać aż do dnia wypisu. Drzwi izolatki muszą pozostawać zamknięte, a pacjent komunikuje się z personelem oddziału za pomocą interkomu (bezpośredni kontakt jest ograniczony do niezbędnego minimum). Izolatka to zazwyczaj jedno lub dwuosobowy pokój z łazienką. Ale uwaga! W większości ośrodków codziennie korzystać można tylko z umywalki natomiast prysznic jest uruchamiany dopiero w ostatnim dniu pobytu, aby pacjent mógł się dokładnie umyć przed scyntygrafią. Kąpiel przed tym badaniem powinna być przeprowadzona jak najdokładniej, aby zmyć z ciała i włosów substancję radioaktywną, która przedostała się tam wraz z potem, gdyż jej ewentualna obecność będzie miała negatywny wpływ na wynik scyntygrafii (może dać wynik fałszywie dodatni). Po kąpieli należy założyć czyste ubranie oraz pilnować aby nie położyć się już do łóżka.
W trakcie pobytu w izolatce każdy pacjent ma mierzony poziom promieniowania radioaktywnego, a opuścić ją może w dniu, w którym promieniowanie spadnie do odpowiedniego poziomu (będzie wynosiło nie więcej niż 20 μSv), co zwykle następuje w 3-4 dniu od podania dawki leczniczej jodu-131.
Do karty informacyjnej z pobytu w szpitalu (tzw. wypisu) pacjent otrzymuje kartę zaleceń, informującą jak powinien postępować po leczeniu jodem radioaktywnym. Szczegółowe wytyczne (np. czas separacji od małych dzieci i kobiet w ciąży) są dostosowywane dla każdego pacjenta indywidualnie i uzależnione od dawki jodu leczniczego jaką przyjął oraz od poziomu promieniowania jaki pacjent miał w dniu wypisu.

Co zabrać ze sobą do izolatki:
- okulary (jeśli pacjent ich używa )
- glukometr (jeśli pacjent choruje na cukrzycę i musi kontrolować sobie poziom glukozy)
- wodę mineralną, napoje (oraz herbatę, kawę, cukier itp. jeżeli w izolatce dostępny jest czajnik)
-kwaśne cukierki do ssania, landrynki, guma do żucia, cytryna (aby pobudzać ślinianki do pracy, a tym samym zmniejszyć ryzyko wystąpienia ich obrzęku)
- żywność (jeżeli pacjent przewiduje, iż ta oferowana w szpitalu nie będzie mu wystarczać)
- środki higieny osobistej (w ograniczonych ilościach, ponieważ niewykorzystane muszą zostać wyrzucone w momencie opuszczania izolatki; praktycznym rozwiązaniem jest zabranie szamponu i mydła w tzw. jednorazówkach)
- chusteczki nawilżane (pomagają się odświeżyć w przypadku ograniczonego dostępu do prysznica)
- 2 ręczniki (jeden do używania na co dzień, drugi do wytarcia ciała po kąpieli przed scyntygrafią)
- kapcie (klapki)
- bielizna osobista
- piżama
- w zależności od pory roku można zabrać dodatkowo stary dres lub spodenki i koszulę
- telefon komórkowy (pod warunkiem zapakowania go w szczelny woreczek foliowy, który zapobiegnie przedostaniu się jodu-131 wraz z potem do obudowy, a tym samym jego skażeniu na dłuższy czas)
Generalnie rzeczy, które zabiera się do izolatki należy brać w jak najmniejszej ilości i niekoniecznie najwyższej jakości, gdyż w momencie opuszczania izolatki wszystkie będą musiały zostać wyrzucone do przeznaczonych do tego celu pojemników, skąd trafią do utylizacji (nie dotyczy to okularów, glukometru i zabezpieczonego telefonu komórkowego, które można ze sobą zabrać z powrotem do domu). Są ośrodki, w których w trakcie przebywania w izolatce można również mieć przy sobie (i później zabrać do domu) inne przedmioty np. książki, laptop, a jedynie ubrania z których się korzystało trzeba wyrzucić, jednak mając na uwadze ochronę radiologiczną warto się, moim zdaniem, zmobilizować i wytrzymać te kilka dni z dostępem do świata ograniczonym do telefonu komórkowego (względnie tableta) zabezpieczonego woreczkiem foliowym.

Skutki uboczne mogące wystąpić po zażyciu radiojodu.
Lecznicza dawka jodu promieniotwórczego u części pacjentów może powodować powikłania, które z reguły mają przemijający, niegroźny charakter. Najczęściej występującym powikłaniem jest popromienne zapalenie ślinianek, które objawia się ich bólem oraz powiększeniem (objawy przypominają świnkę). W bardzo rzadkich przypadkach zapalenie ślinianek może prowadzić do trwałego ich uszkodzenia (zwłóknienia) i wynikającej z tego suchości jamy ustnej. Aby zminimalizować ryzyko powstania zapalenia ślinianek sugeruje się pacjentom ssanie kwaśnych cukierków, żucie gumy i picie wody z cytryną. Takie działania pobudzają ślinianki do pracy i chronią je przed nadmiernym gromadzeniem się w nich jodu promieniotwórczego.
Niektórzy pacjenci po podaniu jodu 131 odczuwają:
- posmak metalu w ustach
- mdłości
- brak łaknienia
- ból żołądka
- ból głowy
- ciepło w szyi lub całym ciele (pacjenci mówią o tym odczuciu: "tak jakby ciało było podgrzewane od środka")
Mogą też pojawić się:
- obrzęk szyi
- zmiany w składzie morfologicznym krwi
- zapalenie błony śluzowej żołądka (gastritis)
- przejściowa utrata smaku
Wszystkie objawy powodujące niepokój, pacjent powinien natychmiast zgłaszać personelowi medycznemu, aby mogły zostać podjęte działania mające na celu złagodzenie dolegliwości. Szybka reakcja na pojawiające się problemy nie tylko zwiększa komfort leczenia lecz również pomaga zapobiegać powstawaniu powikłań odległych.

Informacje o zagrożeniach związanych z terapią izotopową oraz zalecania postępowania po zakończeniu terapii.

Podany jod radioaktywny gromadzi się w ciele pacjenta i dlatego przez pewien czas pacjent pozostaje źródłem promieniowania jonizującego. Jod (zarówno naturalny, jak i promieniotwórczy) gromadzi się w tarczycy, gdzie przebywa pewien czas, podlegając normalnym procesom biochemicznym. W przypadku jodu radioaktywnego eliminacja biochemiczna nakłada się z eliminacją fizyczną, spowodowaną rozpadem promieniotwórczym jodu-131 (czas połowicznego zaniku jodu-131 wynosi 8,02 dnia), w wyniku czego  tak zwany efektywny czas połowicznego zaniku jodu-131 w tarczycy jest krótszy, niż 8 dni i waha się w granicach 4-7 dni. Średni zasięg promieniowania β jodu-131 w tkankach człowieka wynosi około 0,5 mm (max. 2 mm). Oznacza to, że gromadzące jod fragmenty gruczołu tarczowego oraz przerzuty raka tarczycy, otrzymują bardzo wysoką dawkę promieniowania, podczas gdy tkanki oddalone od nich na odległość 0,5-2 mm nie zostaną przez cząstki β napromienione w ogóle. Jądro atomu jodu-131 wysyła również (na odległość paru metrów) kwanty promieniowania γ w wyniku czego narządy położone daleko od tarczycy, jak również osoby przebywające przez dłuższy czas w niewielkiej odległości od pacjenta, otrzymują niewielką dawkę tego promieniowania. Dawka ta jest bardzo mała (dziesiątki - setki tysięcy razy mniejsza) w porównaniu z dawką osiągniętą w tkance docelowej (tarczycy, przerzutach raka) i  nie ma większego wpływu na zdrowie  kontaktujących się z pacjentem osób dorosłych, trzeba jednak pamiętać, że nawet niewielkie promieniowanie może być szkodliwe dla kobiet w ciąży i małych dzieci. Dlatego bezpośrednio po zakończeniu leczenia jodem radioaktywnym należy przestrzegać zaleceń mających na celu ograniczenie ryzyka napromieniowania domowników i osób stykających się z chorym.
UWAGA! Warto pamiętać, iż promieniowanie γ jodu-131, spełnia również pozytywną rolę. To właśnie dzięki niemu możliwe jest wykonanie scyntygrafii, czyli badania obrazującego obszary gromadzenia się jodu w ciele pacjenta i lokalizacja ewentualnych przerzutów.

Ogólne zasady postępowania po leczeniu izotopem jodu.
1. Należy unikać kontaktów z osobami do lat 18 i kobietami w ciąży przez czas określony w karcie informacyjnej (na ogół 2-3 tyg. po leczeniu). Szczególnie wrażliwe na promieniowanie są dzieci do lat 10 i kobiety w ciąży (a tak właściwe maleństwa rozwijające się pod ich sercem). Nie jest natomiast konieczne unikanie kontaktu z osobami dorosłymi, należy jednak starać się zachowywać od nich odległość minimum dwóch metrów  pamiętając, że działanie promieniowania jonizującego maleje „do kwadratu” z odległością, tzn. odległość 2 razy większa to dawka promieniowania 4 razy mniejsza, odległość 4 razy większa to 16 razy mniejsza dawka. Zaleca się też spać w innym pomieszczeniu niż pozostali domownicy. Jeżeli chory zamieszkuje w budynku wielorodzinnym, powinien pamiętać, iż zachowanie odstępu od innych osób dotyczy także mieszkańców innego mieszkania - sąsiadów przez ścianę, zwłaszcza dzieci.
Osoby, które kontaktują się z chorym nie przenoszą promieniowania na inne osoby (pod warunkiem, że nie będą miały kontaktu z wydzielinami pacjenta).
Unikanie kontaktów z dziećmi i kobietami w ciąży oznacza stałe przebywanie w oddzielnym pomieszczeniu, przy czym dopuszczalny jest krótkotrwały (kilkuminutowy kontakt) jednak na odległość nie mniejszą niż 1 metr; NIEDOPUSZCZALNYM jest trzymanie dzieci na kolanach, ani ich przytulanie! :-( Przykładem sytuacji, której należy unikać nawet przez okres  2 – 3 miesięcy jest czytanie bajek dziecku siedzącemu na kolanach  albo spanie z małym dzieckiem w jednym łóżku, tj. sytuacji  w których ciało dziecka kontaktuje się przez długi okres czasu z szyją osoby po jodowaniu.
2. W okresie objętym kwarantanną osoba po terapii radioizotopowej powinna przebywać głównie w domu; nie może mieszkać w hotelu, internacie itp. Pomieszczenie w którym przebywa nie zostaje przez nią napromieniowane, o ile nie dojdzie do trwałych zabrudzeń wydzielinami pacjenta - wszystkie wydzieliny ciała: łzy, pot, mocz, kał, ślina, sperma, katar, mogą zawierać izotop promieniotwórczy. W przypadku nietrzymania moczu należy podłożyć, na czas odpoczynku nocnego, pod prześcieradło nienasiąkliwy materiał (folię, ceratę). Jeżeli dojdzie do zabrudzenia, zanieczyszczone miejsce należy dokładnie umyć i spłukać. Należy też szybko pozbywać się ewentualnie używanych chusteczek do nosa.
3. Pacjent może wychodzić na spacery, zakupy itp. pamiętając o unikaniu bliskiego kontaktu z małymi dziećmi i kobietami w ciąży. Równocześnie zaleca się ograniczyć kontakty towarzyskie i unikać długiego przebywania w miejscach publicznych  takich jak: kino, teatr, kościół. Jeśli w miejscu pracy leczony musi przebywać dłuższy czas z tymi samymi osobami w bezpośredniej bliskości, wskazane jest udzielenie leczonemu zwolnienia z pracy zawodowej ( zazwyczaj na okres 2 tygodni).
4. Jeżeli jest to konieczne, pacjent może przygotowywać dla innych osób posiłki pod warunkiem wcześniejszego, dokładnego umycia rąk. Zaleca się jednak unikać przygotowywania jedzenia dla innych osób w pierwszym tygodniu po powrocie do domu.
5. Zaleca się również:
- pić dużo wody
- często myć ręce (używać mydła z dozownikiem, nie kostki)
- codziennie brać prysznic całego ciała (razem z myciem włosów)
- po wszystkich zabiegach higieny osobistej dokładne myć po sobie urządzenia sanitarne i spłukiwać je dużą ilością wody (nie zaleca się jednak mycia sanitariatów szmatą/gąbką/szczotką, gdyż izotop jodu znajdujący się w wydzielinach pacjenta może pozostać na tych przedmiotach)
- przestrzegać zasady używania własnych przedmiotów użytku osobistego (kubek do mycia zębów, ręczniki itp.)
- używać osobnego zestawu sztućców i naczyń oraz myć je oddzielnie od naczyń innych osób
- ubrania, bieliznę, ręczniki oraz pościel prać oddzielnie, płucząc w dużej ilości wody (rzeczy używane należy  przechowywać w oddzielnym pojemniku, a pranie wykonywać często)
6. Przez 12 miesięcy po leczeniu jodem promieniotwórczym wskazana jest skuteczna antykoncepcja; zabezpieczenie dotyczy obu płci.
7. W przypadku konieczności hospitalizacji w okresie kwarantanny pacjent jest w obowiązku poinformować lekarza o przebytym leczeniu radioizotopowym .

Przy stosowaniu się do powyższych zasad, leczenie raka tarczycy jodem radioaktywnym jest bezpieczne dla chorego i otoczenia!

Bibliografia kliknij TUTAJ