Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rak tarczycy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rak tarczycy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 stycznia 2019

Moja historia. Część 2.

Od początku prowadzenia tego bloga staram się przekazywać wiadomości, które nie wzbudzą zbędnego niepokoju lecz pozwolą oswoić się z chorobą. Równocześnie nie chcę by ktoś odniósł wrażenie, że rak tarczycy jest błahostką, którą można zbagatelizować. Dlatego przypominam, że najwłaściwszą osobą do prowadzenia dyskusji o raku tarczycy (i każdym innym nowotworze też) jest  LEKARZ.
Mój ostatni i kilka najbliższych planowanych wpisów, są skierowane w pierwszej kolejności do tych wszystkich, którzy właśnie poznali diagnozę i są zagubieni, przerażeni lub tylko zdezorientowani. By zobaczyli na konkretnym (w tym akurat przypadku - moim) przykładzie, że to normalna pierwsza reakcja, że trzeba przez to przejść i podjąć walkę. By sobie uświadomili, że nie ich pierwszych i nie ostatnich zaatakował rak. By nie zatrzymali się na etapie strachu lecz by zrobili krok do przodu i świadomie podjęli leczenie, z nadzieją na wyleczenie.

Rok pierwszy. Zaczynamy proces leczenia.
  Termin pierwszej wizyty w Instytucie Onkologii w Gliwicach został wyznaczony (telefonicznie) bardzo szybko. Gdy już tam się znalazłem, przeprowadzono ze mną dość szczegółowy wywiad, a następnie zostałem przyjęty przez chirurga, który pomacał mi szyję, przeglądnął wyniki dotychczasowych badań, odebrał próbki z biopsji (tzw. szkiełka), które z sobą przywiozłem i wyznaczył termin następnej wizyty za trzy tygodnie.
    W trakcie drugiej wizyty zostałem przyjęty również przez chirurga (tym razem innego) specjalizującego się w leczeniu tarczycy. Doktor był bardzo konkretny i niezbyt rozmowny, stwarzał dystans, ale nie był niemiły. Rzekłbym specjalista, który po raz kolejny zajmuje się takim samym przypadkiem. Przeprowadził ze mną krótki wywiad i poinformował, iż badania próbek potwierdziły rozpoznanie. Mam raka rdzeniastego tarczycy i w związku z tym, iż jest on takich rozmiarów jakich jest, muszę mieć usuniętą tarczycę w całości wraz z układem chłonnym środkowym szyi, a następnie mam mieć usunięty układ chłonny szyi po stronie guza. Krótko mówiąc dwie operacje w trakcie jednej narkozy. O tym, iż czeka mnie operacja wiedziałem, więc informacją, że zabieg będzie nieco bardziej rozległy w zasadzie niezbyt się przejąłem. Jednak w trakcie rozmowy coś mnie bardzo przeraziło. Dowiedziałem się bowiem, iż jeżeli nawet nikt w mojej rodzinie nie miał problemów z tarczycą to i tak mój rak może być dziedziczny, tzn. gen odpowiedzialny za powstanie raka mógł dopiero u mnie zmutować i stać się groźny dla mojego synka. Ta wiadomość była dla mnie o wiele gorsza niż wszystko razem wzięte co się dotychczas złego dowiedziałem. Lekarz wyjaśnił mi jednak, że może to być rak rdzeniasty dziedziczny, ale nie musi. Może to być odmiana sporadyczna. Ponadto gdyby to nawet była odmiana dziedziczna to wcale nie znaczy, że mój syn musi zachorować, a w najgorszym razie gdyby się okazało, że mój synek ma gen odpowiedzialny za powstawanie tego świństwa to i tak obecnie można (i trzeba) to kontrolować i nie dopuścić do rozwinięcia się choroby. Jednak póki co to nie ma potrzeby stresować dziecka, tylko trzeba wykonać badanie genetyczne RET mojej krwi, które pozwoli określić jaki rodzaj raka (sporadyczny czy dziedziczny) mnie dopadł.
W trakcie tej wizyty został ustalony również termin przyjęcia do szpitala i zalecono mi wykonanie tomografii komputerowej jamy brzusznej wraz z oceną nadnerczy.
Trzecia wizyta w Gliwicach miała się odbyć tydzień przed przyjęciem do szpitala jednak, dwa dni przed tym terminem zadzwoniono do mnie i przesunięto termin na następny tydzień (na dwa dni przed przyjęciem do szpitala). W trakcie tej wizyty pobrano mi chyba siedem próbówek krwi (miła pani musiała mnie kłuć na dwie ręce bo mam niskie ciśnienie i po napełnieniu dwóch próbówek, krew z lewej ręki nie chciała już lecieć), zmierzono mi ciśnienie, wykonano EKG, przebadano przez laryngologa i internistę...
Koniec końców stwierdzono, iż zakwalifikowałem się do przyjęcia i mogę pojutrze przyjeżdżać. I tak się stało. W wyznaczonym terminie, na początku listopada 2009 zostałem przyjęty na oddział... O tym co działo się dalej już pisałem tutaj.
 
Na koniec dzisiejszego wpisu dodam jeszcze, iż w każdej z powyższych "wycieczek" do Gliwic, towarzyszyła mi żona. Zajmowała kolejki w poczekalniach, uzyskiwała informacje, przypominała o tym, że czasem trzeba coś zjeść itd... Po prostu była ze mną, za co jestem jej bardzo wdzięczny. Oczywiście, że sam bym sobie również poradził, ale gdy w takich sytuacjach ma się obok siebie kochającą osobę jest dużo lżej. 
Z kolei żona mogła mi towarzyszyć bo nasz synek w trakcie tych wyjazdów zamieszkiwał u dziadków, co pozwalało nam spokojnie jechać, a jemu dostarczało wiele radości. Tak więc po raz kolejny potwierdziło się, że wsparcie innych osób w trudnych chwilach jest nie do przecenienia!


poniedziałek, 2 listopada 2015

Mitologia onkologiczna, czyli: skrajności nikomu nie służą.


Stwierdzenie, że w świadomości społecznej funkcjonuje wiele fałszywych przekonań o chorobach nowotworowych, nie jest odkrywcze. Ale faktem jest również to, iż pomimo wielu kampanii informacyjnych głoszących, że rak to nie wyrok, w momencie gdy kogoś osobiście dotknie problem onkologiczny, większość z ludzi zapomina o tym "nie". Odżywa mit: diagnoza rak = wyrok śmierci. Pojawia się strach, przerażenie i zwątpienie. I nie ma w tym nic dziwnego, strach przed czymś nowym, niewiadomym, groźnym jest zupełnie naturalny. Istotnym jednak jest by stan przerażenia nie stał się stanem chronicznym. By nadszedł moment (oby jak najszybciej), w którym mit: rak to wyrok został zastąpiony racjonalnym myśleniem. Bo fakt jest taki, że rak to oczywiście choroba potencjalnie śmiertelna, jednak każdy przypadek tej choroby należy rozpatrywać indywidualnie, a jej przebieg jest uzależniony od rodzaju i umiejscowienia nowotworu, stadium zaawansowania choroby, ogólnego stanu zdrowia pacjenta i jeszcze wielu innych czynników. A w odniesieniu do raka tarczycy, przypominam, że zdecydowana większość przypadków tej choroby to nowotwory zróżnicowane, na leczenie których medycyna posiada skuteczne sposoby, natomiast pozostałe (nieliczne) raki tarczycy, chociaż jest mniej sposobów ich leczenia, wraz z postępem medycyny pozwalają coraz lepiej rokować.Bardziej szczegółowo o konkretnych rodzajach nowotworów złośliwych tarczycy i sposobach ich leczenia pisałem już wcześniej (lub w przyszłości napiszę) w innych notatkach na tym blogu.
To by było na tyle jeśli chodzi o straszenie rakiem, ale pomysłowość ludzka nie zna granic. Czytając różne fora internetowe zauważyłem, że pojawił się nowy mit dotyczący raka tarczycy. Otóż dowiedziałem się, że rak tarczycy to nie rak, że to taki rak w wersji DEMO, na to się nie umiera. Domyślam się, że celem wygłaszania takich twierdzeń jest chęć podnoszenia na duchu osób chorych, jednak skutkiem ubocznym takiego działania może być powstanie przekonania, że rak tarczycy jest niegroźny, że można go bagatelizować, co jest oczywistą nieprawdą. Każdy nieleczony rak tarczycy prowadzi do śmierci. Trywializowanie raka tarczycy jest według mnie równie szkodliwe jak jego demonizowanie.
Na koniec mój apel do wszystkich osób chorych na raka tarczycy, diagnozowanych pod kątem tej choroby lub też towarzyszących osobom chorym:
Szanowni Państwo odłóżcie emocje na bok (choć wiem, że nie jest to łatwe), nie wsłuchujcie się bezkrytycznie w opinie innych osób chorujących na raka tarczycy, o wszystko co budzi Wasze wątpliwości dopytujcie lekarzy i bądźcie dobrej myśli.

sobota, 6 czerwca 2015

Poradniki.

O raku tarczycy zaczyna się coraz więcej mówić i pisać. Również w formie przystępnej dla pacjentów. Poniżej podaję linki do poradników/informatorów dla osób chorych na raka tarczycy lub ich bliskich.

     1. Broszura Rak tarczycy
     2. Poradnik Motyle pod ochroną


wtorek, 17 lutego 2015

Rak rdzeniasty tarczycy - cz.2

Podstawową metodą leczenia raka rdzeniastego tarczycy jest leczenie operacyjne polegające na całkowitym wycięciu tarczycy oraz centralnych węzłów chłonnych szyi. W przypadku gdy ognisko pierwotne raka przekracza 1 cm średnicy usuwany zazwyczaj jest również boczny układ chłonny szyi od strony guza. W przypadkach bardziej zaawansowanych postaci choroby może zostać przeprowadzone usunięcie węzłów chłonnych po obu stronach szyi (obustronna limfadenektomia  szyjna boczna). Nawroty miejscowe oraz pojedyncze przerzuty odległe raka rdzeniastego również leczy się operacyjnie. Po zabiegu usunięcia tarczycy chorzy muszą otrzymywać L-tyroksynę w dawkach substytucyjnych, czyli zapewniających utrzymanie stężenia TSH na poziomie normy dla osób zdrowych. 
Leczenie izotopowe jest rozważane w nieoperacyjnym raku rdzeniastym jako leczenie paliatywne. Wykorzystuje się do niego izotop jodu 131 na nośniku metajodobenzylgwanidyny (131I-mIBG), jednak do tej metody leczenia kwalifikuje się jedynie 30-40% chorych - ci, którzy wykazują gromadzenie znacznika. Dobrą odpowiedź na leczenie uzyskuje się u około połowy tych osób, ale pełna reemisja po przebytym leczeniu należy do rzadkości. 
Radioterapia i chemioterapia stanowią jedynie leczenie uzupełniające, znajdujące zastosowanie głównie w zaawansowanych stadiach choroby i tylko w niektórych przypadkach. 
Radioterapia bywa stosowana u pacjentów, u których po zabiegu usunięcia przerzutów do węzłów chłonnych stężenie kalcytoniny nie normalizuje się, a równocześnie nie stwierdza się u nich obecności przerzutów odległych (wykonuje się wówczas naświetlania obszaru szyi i śródpiersia). Radioterapia znajduje również zastosowanie w przypadkach miejscowego zaawansowania choroby. np  jako leczenie przeciwbólowe.
Chemioterapia może być rozważana przy niepowodzeniu innych metod leczenia, jednak jej skuteczność jest na ogół niewielka (odpowiedzi kliniczne na leczenie wynoszą poniżej 20%) i nie ma tu znaczenia czy stosuje się chemioterapię monolekową czy schematy wielolekowe.
U chorych, u których doszło do uogólnienia procesu nowotworowego i rozwoju przerzutów do wątroby, doprowadzających do ciężkiej biegunki oraz silnych dolegliwości bólowych w jamie brzusznej, jest niekiedy przeprowadzana chemoembolizacja tętnicy wątrobowej, której celem jest zmniejszenie masy guzów.
Do leczenia (minimalizowania) objawów, takich jak biegunka, napady zaczerwienienia, spadek masy ciała, bóle kości, wywoływanych przez produkowane w guzach hormony znajdują zastosowanie analogi somatostatyny. Efektywność tych analogów najlepiej udokumentowano w przypadkach leczenia biegunki towarzyszącej uogólnionej postaci RRT.
Obecnie duże nadzieje w leczeniu raka rdzeniastego tarczycy pokłada się w możliwości terapii farmakologicznej przy zastosowaniu inhibitorów kinazy tyrozynowej. Inhibitory kinazy tyrozynowej działają w ten sposób, że blokują aktywność enzymów zwanych kinazami tyrozynowymi, które występują w określonych receptorach (np.receptorach VEGF, MET i RET) na powierzchni komórek (w tym komórek nowotworowych) gdzie aktywują kilka procesów, między innymi podziały komórkowe i wzrost nowych naczyń krwionośnych. Poprzez blokowanie tych receptorów w komórkach nowotworowych lek zmniejsza wzrost i rozprzestrzenianie się nowotworu.
W Stanach Zjednoczonych od 2011 roku, a w Europie od 2012  roku wprowadzono do leczenia w  zaawansowanych przypadkach RRT substancję o nazwie Vandetanib (Wandetanib).  Nazwa handlowa w USA to Zactima, a w UE Caprelsa. Jest to doustny inhibitor kinazy tyrozynowej stosowany w przypadku gdy choroba jest agresywna i wywołuje objawy, a nowotwór nie może być usunięty za pomocą zabiegu chirurgicznego lub rozszerzył się na inne części organizmu. Na ocenę skuteczności oraz działań niepożądanych leku należy poczekać, uwzględniając obserwacje obejmujące większe grupy chorych. Wiadomym jednak jest, iż leczenie nie jest pozbawione toksyczności, m.in. może powodować zagrażające życiu zaburzenia przewodnictwa elektrycznego serca, a do najczęstszych działań niepożądanych należą: biegunka, wysypka skórna, trądzik, nadciśnienie tętnicze, nudności, bóle głowy, brak apetytu. Ponadto pojawiły się wątpliwości dotyczące wielkości korzystnego wpływu leku u pacjentów bez mutacji RET. W Polsce Vandetanib jest zarejestrowanym, ale nie refundowanym, lekiem do leczenia zaawansowanego RRT.
W dniu 21 marca 2014 r. Komisja Europejska przyznała, ważne w całej Unii Europejskiej pozwolenie na dopuszczenie do obrotu leku Cometriq, którego substancją czynną jest kabozantynib będący inhibitorem receptorów kinazy tyrozynowej. Jest to lek dla osób dorosłych chorych na raka rdzeniastego tarczycy do stosowania w przypadku, gdy raka nie można usunąć chirurgicznie oraz gdy jest on zaawansowany lub rozprzestrzenił się do innych części ciała. Niestety stosowanie tego leku wiąże się z możliwością pojawienia wielu skutków ubocznych. Najczęściej pojawiające się poważne działania niepożądane to: zapalenie płuc, stany zapalne błon śluzowych, hipokalcemia (niskie stężenie wapnia we krwi), dysfagia (trudności w przełykaniu), odwodnienie, zatorowość płucna (skrzepy w naczyniach krwionośnych dostarczających krew do płuc) i nadciśnienie. Może też pojawić się: erytrodystezja dłoniowo-podeszwowa (zespół ręka–stopa obejmujący wysypkę oraz drętwienie dłoni i podeszew stóp), biegunka, utrata apetytu, zmiana barwy włosów, osłabienie i inne. Mimo takiej mnogości działań niepożądanych uznano je za możliwe do kontrolowania i dopuszczalne ze względu na to, iż niewiele jest dostępnych innych możliwości leczenia zaawansowanego raka rdzeniastego tarczycy. Leczenie przy użyciu Cometriq prowadzone jest do momentu gdy pacjent przestaje odnosić korzyści z leczenia lub gdy działania niepożądane stają się zbyt ciężkie. Korzyści ze stosowania leku Cometriq mogą być mniejsze w przypadku pacjentów z nowotworem, w którym nie występuje mutacja genu zwanego genem „przebudowanym podczas transfekcji” /ang. re-arranged during transfection, RET/.
Jednym z podstawowych elementów oceny skuteczności zastosowanego leczenia w raku rdzeniastym tarczycy jest zbadanie stężenia kalcytoniny. Normalizacja podwyższonego przedoperacyjnie stężenia hormonu do wartości prawidłowych po przebytej operacji potwierdza jej radykalność. Utrzymywanie się wartości nieprawidłowych, pomimo makroskopowej i mikroskopowej radykalności zabiegu, przemawia za obecnością mikroognisk raka (najczęściej w węzłach chłonnych).
Monitorowanie chorych na RRT prowadzi się przez całe życie chorego i polega ono na wykonywaniu badań kontrolnych co 3 - 6 miesięcy w ciągu pierwszych 5 lat i co 6 miesięcy w okresie późniejszym. Badania kontrolne powinny obejmować:
- wywiad
- USG szyi
- RTG lub KT klatki piersiowej (raz w roku)
- badanie poziomu kalcytoniny i CEA.
Jeżeli podstawowe stężenie kalcytoniny jest prawidłowe to raz w roku powinna zostać wykonana próba wapniowa lub pentagastrynowa. W przypadku gdy wzrost stężenia kalcytoniny sugeruje istnienie ogniska nowotworowego, a nie jest ono widoczne w klasycznych badaniach obrazowych, wówczas zazwyczaj wykonuje się badanie PET. Należy mieć jednak świadomość, iż kalcytonina jest tak bardzo czułym markerem rozsiewu raka rdzeniastego tarczycy, że sygnalizuje obecność nawet tak niewielkich ognisk, które nie mogą być jeszcze wykrywalne w żadnym badaniu obrazowym. Dlatego nie należy się oburzać, że mając kalcytoninę na poziomie np. 120 pg/ml nie są wykonywane badania obrazowe (zgodnie z rekomendacjami polskimi z roku 2010 przy stężeniu Ct<150 pg/ml nie ma uzasadnienia dla wykonywania badań CT, MRI lub PET, gdyż nie są one w stanie wykryć ogniska).
Wzrost stężenia CEA przemawia za znacznym zaawansowaniem choroby.

UWAGA:
W odniesieniu do leczenia dziedzicznego raka rdzeniastego tarczycy pojawia się zagadnienie operacji profilaktycznych u bezobjawowych nosicieli mutacji protoonkogenu RET. Na dzień dzisiejszy w sytuacji gdy osoba zdrowa ma jednoznacznie potwierdzoną przez dwa niezależne ośrodki mutację genu RET, zalecane jest wykonanie profilaktycznego wycięcia całej tarczycy (niezależnie od zmian histopatologicznych w niej występujących).
Temat profilaktycznego wycinania tarczycy u osób zdrowych ze stwierdzoną obecnością mutacji protoonkogenu RET jest zagadnieniem względnie nowym i ciągle poznawanym. Okres przeprowadzanych obserwacji pacjentów poddanych operacjom profilaktycznym jest stosunkowo krótki (pierwsze doniesienia o profilaktycznych tyreoidektomiach pojawiły się w 1995r.) co nie pozwala na stawianie jednoznacznych tez. Niemniej jednak uważa się, iż operacje profilaktyczne stanowią lepsze zabezpieczenie przed rozwojem choroby nowotworowej niż stałe monitorowanie stężenia kalcytoniny we krwi. I w zasadzie już od samego początku stawiano raczej pytanie „Kiedy operować?”, a nie „Czy operować?” w przypadku stwierdzenia obecności mutacji. Należy bowiem pamiętać, iż ze względu na wieloogniskowy charakter RRT (jeśli jego rozwój ma podłoże genetyczne) istnieje ryzyko pojawienia się zmian przerzutowych niekiedy nawet w bardzo wczesnym wieku. I tu pojawiają się wśród pacjentów chyba największe wątpliwości, bo o ile zabieg profilaktyczny u osób dorosłych nie wzbudza bardzo wielkich emocji o tyle wycinanie dziecku (wydawać by się mogło zupełnie zdrowemu) narządu, który jest odpowiedzialny za prawidłowy rozwój tego małego człowieka, wydaje się niektórym osobom czymś irracjonalnym by nie napisać barbarzyńskim. Należy jednak w tym miejscu zaznaczyć, iż w razie wykrycia mutacji protoonkogenu RET prawdopodobieństwo wystąpienia choroby nowotworowej do 35-40 roku życia przekracza 95%, a u większości nosicieli nowotwór rozwinie się w 10-15 roku życia choć możliwy jest również jeszcze wcześniejszy jego rozwój. Ponadto należy pamiętać, iż dobre wyniki leczenia RRT (ponad 90% wyleczeń) można uzyskać tylko we wczesnym stadium choroby. Najskuteczniejsze są zabiegi wykonane na niezmienionym gruczole lub tylko z przerostem komórek C tarczycy. W związku z powyższym na dzień dzisiejszy zaleca się by w przypadku wykrycia nosicielstwa mutacji protoonkogenu RET wykonywać zabieg profilaktycznej tyreoidektomii u dzieci:
- w przypadku FMTC oraz zespołu MEN 2A w 5-6 roku życia (niektóre źródła mówią o 2 - 4 roku życia), w zależności od lokalizacji zmutowanego kodonu.
- w przypadku MEN 2B do 1 roku życia (mówi się nawet o 5 - 7 miesiącu życia dziecka)
Istotnym jest by zabieg profilaktycznego, całkowitego usunięcia tarczycy był wykonywany w wyspecjalizowanych ośrodkach, ryzyko powikłań pooperacyjnych w nich, nie przekracza 2% i nie jest uzależnione od wieku operowanych dzieci. Oczywiście trzeba uczciwie zaznaczyć, iż trwałe powikłania pooperacyjne zdarzają się i są to najczęściej niedoczynność przytarczyc lub jednostronne uszkodzenie nerwu krtaniowego wstecznego, a przeprowadzenie interwencji chirurgicznej nawet w fazie przedinwazyjnej nie gwarantuje 100% skuteczności wyleczenia RRT.
Po operacji konieczne jest dobrze monitorowane leczenie substytucyjne tyroksyną. Uważne kontrolowanie stężeń TSH i fT4 w pełni zapewnia eutyreozę (prawidłowe poziomy hormonów tarczycy) i gwarantuje prawidłowy rozwój dziecka, w związku z tym obawa przed skutkami braku tarczycy nie powinna być przyczyną odkładania operacji, której zaniechanie może doprowadzić do śmierci.

Bibliografia kliknij TUTAJ

Aktualizacja wpisu:
10 stycznia 2016

poniedziałek, 9 września 2013

Leczenie chirurgiczne raka tarczycy - cz. 2

Dzisiaj kontynuacja tematu chirurgicznego leczenia raka tarczycy. Nie będzie jednak w tym wpisie teorii. Będzie samo życie! Poniżej prezentuję fragmenty moich notatek, które sporządzałem po poszczególnych operacjach, które przechodziłem w związku z leczeniem raka rdzeniastego tarczycy. Wpis ten proszę traktować jako przykład tego jak może (ale nie musi) wyglądać leczenie chirurgiczne i czego się, mniej więcej, można w związku z nim spodziewać. Zaznaczam, iż są to tylko moje subiektywne odczucia, a wszystkie informacje, które podaję poniżej są oparte wyłącznie na tym co zapamiętałem i jak to w tamtym okresie odczuwałem.

 listopad 2009 r.
Operacja usunięcia tarczycy i środkowych oraz prawostronnych węzłów chłonnych.
Dzień przed zabiegiem ostatni posiłek pozwolono mi zjeść o godz. 17 (pić można było chyba do godz. 20). Około godziny 19 dostałem zastrzyk przeciwzakrzepowy w brzuch, i małą tabletkę do połknięcia przed snem (ale nie później niż o godz. 22). Zastrzyk pomimo moich obaw okazał się prawie bezbolesny, jedynie później przez 15 minut troszkę szczypało mnie pod skórą i nic więcej. Natomiast tajemnicza tabletka wcale nie była nasenna, jak sugerowali niektórzy pacjenci lecz miała za zadanie przygotować układ nerwowy do podania narkozy. Nie ukrywam, że mniej więcej po pół godziny od jej połknięcia wyluzowałem jak bym wypił dwa piwa . Byłem w pełni świadomy tego co się dzieje, ale świat widziałem w różowych okularach i chciało mi się gadać (ogólnie to mi się zawsze chce gadać, jednak zanim zażyłem tabletkę byłem spięty wewnętrznie oczekiwaniem na zabieg, przez co, jak na moje możliwości, dość milczący). Ciekawe jest to, że niektórzy pacjenci przekazują sobie niestworzone historie o działaniu tej tabletki i na wszelki wypadek (?!) jej nie zażywają w efekcie czego, gdy jadą korytarzem na salę operacyjną, można ich zobaczyć bladych ze strachu, płaczących i zdenerwowanych do granic wytrzymałości. To przykre doświadczenie, przede wszystkim dla nich, ale i dla innych pacjentów oraz personelu szpitala również. Myślę, że skoro ufamy lekarzom i pozwalamy się im „kroić” to w kwestii tej tabletki też chyba warto im zaufać.

Noc minęła spokojnie, chociaż dość długo nie mogłem usnąć.
W dniu zabiegu obudziłem się około godziny piątej. Byłem lekko podenerwowany, a nawet więcej niż lekko. Chciałem by już się zaczęło coś dziać, czekanie było nieznośne. W końcu przyszła pielęgniarka i przyniosła mi małą tabletkę (taką samą jaką połykałem wieczorem), ponadto kazała mi się rozebrać (skarpetki i majtki pozwolono mi zostawić – jest dzięki temu cieplej w trakcie zabiegu), wskoczyć w gustowne, niebieskie wdzianko (za duża koszula od piżamy, która nie posiada guzików lecz troczki i zakłada się ją tyłem na przód ;-) ) i czekać, aż po mnie ktoś przyjdzie. Przed dziewiątą przyszły dwie pielęgniarki i siostra przełożona czy oddziałowa (tak właściwie to nie wiem jakie zajmowała stanowisko, w każdym razie była ważniejsza od pozostałych), która zapytała czy jestem uczulony na penicylinę, na co ja, zgodnie z prawda odpowiedziałem, że nie wiem. Chyba nie takiej odpowiedzi oczekiwała, bo nieco się skrzywiła na twarzy i przykazała pielęgniarkom, żeby wymienić penicylinę na coś innego i poszła dalej. Panie pielęgniarki zabrały mnie razem z łóżkiem i potoczyły do sali przed-zabiegowej. Jazda po szpitalnym korytarzu zrobiła na mnie wrażenie: te uciekające sprzed oczu lampy na suficie korytarza i świat widziany z dziwnej perspektywy – czułem się jakbym oglądał film (ale to niestety nie był film). W sali przed-zabiegowej podeszła do mnie inna, bardzo miła siostra i powiedziała, że założy mi wenflon i jak się nie będę ruszał, to może jej się uda to zrobić za pierwszym razem (dowcipna dziewczyna). Udało się! Chwila oczekiwania i jazda na salę operacyjną. W połowie drogi przesiadka na łóżko operacyjne (wąskie, twarde i zimne), w końcu parkowanie w miejscu zabiegu. Trochę jeszcze podyskutowałem z bardzo miłymi siostrami (no cóż, nic nie poradzę, że ze mnie taka gaduła) i w pewnym momencie zobaczyłem jak zaczyna mi się rozmazywać obraz przed oczami. Zdążyłem tylko jeszcze zapytać siostry czy to normalne, że mi się ostrość rozjeżdża i usłyszeć odpowiedź: „wszystko w porządku”. Następnie poczułem na twarzy jakiś kawałek przylegającej gumy o specyficznym zapachu. Podniosłem prawą rękę i stwierdziłem, że mam nałożoną maskę. Nie bardzo „kumałem” co jest grane, więc nie podnosząc się z leżenia (czułem się jakoś dziwnie ociężały) zagadnąłem do pielęgniarki, którą słyszałem w pobliżu, czy mogę zdjąć to coś z twarzy. Nie pozwoliła mi. Wtedy zaświtały mi w głowie pytania, których nie omieszkałem w trybie natychmiastowym zadać: „czy już jest po operacji?”, „która jest godzina?” Siostra podeszła do mnie i powiedziała, że już po operacji, podała godzinę i powiedziała, że na twarzy mam maskę z tlenem, którą niedługo mi zdejmie. Po chwili (nie wiem jak długiej, bo poczucie czasu wtedy mi nieco szwankowało) faktycznie zdjęto mi maskę i wywieziono do sali ogólnej. Jak tylko łóżko ze mną opuściło obszar bloku operacyjnego i wtoczyło się na korytarz, jak z podziemi pojawiła się moją uśmiechnięta żona - jej radosna obecność dodała mi skrzydeł.
Przejazdu korytarzem nie pamiętam i całej reszty dnia też nie bardzo. Byłem jeszcze otumaniony. Dopiero późnym popołudniem zacząłem odczuwać pragnienie, narastający ból gardła, karku i prawego ucha. Zostałem uświadomiony, że nie wolno mi nic jeść ani pić oraz podnosić się z łóżka do rana następnego dnia. Na dobranoc (ok. godz. 19) dostałem zastrzyk przeciwbólowy i zasnąłem upewniwszy się wcześniej, że dreny wystające z mojego wnętrza nie wypadną w trakcie snu (siostra zapewniła mnie, że są przyszyte i na pewno nic im się nie stanie, a od jutra będę mógł z nimi spokojnie spacerować).
Ta noc była długa. Obudziłem się gdzieś ok. godz. 23 i nie mogłem zasnąć. Bałem się poruszać na łóżku, bolało mnie w krzyżu oraz karku, chciało mi się pić, a gardło piekło okrutnie. Jakoś jednak w półśnie przetrwałem do godziny 5 rano gdy siostra oznajmiła radośnie: „wstajemy”.
Z niedowierzaniem, zachrypniętym głosem zapytałem: „ja też mogę?”.
Siostra odrzekła: „jak najbardziej”.
„A mogę się już napić?” – zapytałem
„Tak. I proszę zażyć małą białą tabletkę na czczo, a resztę po śniadaniu” – otrzymałem odpowiedź.
Powolutku się podniosłem, powtykałem zbiorniczki od drenów za spodnie i podszedłem do stolika na którym stał bananowy Kubuś. Drżącymi rękami podniosłem butelkę, odkręciłem niepewnie zakrętkę (dobrze, że żona wychodząc wieczorem poluzowała ją bo chyba bym sobie sam nie poradził) i nareszcie mogłem się napić. Tak pysznego napoju nie piłem nigdy w życiu, choć przełykanie stanowiło nie lada problem. Przed godz. 8 była już u mnie moja kochana żoneczka.
Pierwszy dzień po zabiegu był chyba najbardziej meczący. Gardło mnie tak bolało, że miałem problemy z przełykaniem jedzenia, a nawet picia (niektórzy tak mają po intubacji), gdyby nie tabletki przeciwbólowe nie byłbym w stanie nic zjeść. Kark bolał niemiłosiernie (ciężko mu się dziwić skoro dzień wcześniej, w trakcie operacji miałem długi czas głowę nienaturalnie odchyloną do tyłu), a na dodatek uwierał mnie dren za uchem (niby nie bardzo, ale jednak cały czas, co powodowało dyskomfort). Nie mogłem sobie znaleźć wygodnej pozycji w łóżku, w związku z czym, moja żona cierpliwie przekładała mi poduszkę z jednej strony na drugą, podkładała dodatkowa poduszkę, to znowu ją zabierała itd. itd. (prawdę mówiąc to nawet nie przypuszczałem, że potrafi być taka cierpliwa – dzięki żonko; całuski).
Około południa przyszła pani rehabilitantka, która pokazała mojej osobistej pielęgniarce [czyt. żonie] w jaki sposób można zmieniać pozycję łóżka, aby było mi wygodnie (nawet nie wiedziałem, iż łóżko, na którym leżałem miało takie możliwości). Tak więc najwygodniejszą pozycją (przynajmniej na chwilę) okazała się pozycja „zygzaka” (to moja nazwa własna) wyglądająca tak: pięty-dół, kolana-góra, siedzenie-dół, plecy-góra.. Rehabilitantka poinformowała mnie jeszcze, bym spał na plecach lub na boku przeciwległym do ciętego i wstawał przez bok (nie wyobrażałem sobie nawet innej możliwości wstawania, skoro nawet przy przewracaniu się z pleców na bok, głowę ustawiałem sobie rękami, ale przynajmniej potwierdziła właściwość mojego postępowania).
Kolejnego dnia było już coraz lepiej. Ból ustępował (a jak nie chciał to wyganiały go tabletki), głowa była stabilniejsza, a z czasem i dreny zostały wyciągnięte – wziuuut, cmok (kto miał wyciągane dreny wie jaki dźwięk mam na myśli).
Trzeciego dnia po zabiegu siedziałem w autku, a żona wiozła mnie do naszego kochanego domku…
grudzień 2010
Operacja w technice ROLL.
6 XII  - ze względu na wznowę w loży prawego płata tarczycy dostałem skierowanie do szpitala (cóż za specyficzny prezent na Mikołaja, nieprawdaż?) w celu jej usunięcia.
10 XII  - odwiedziłem szpital aby zrobić badania przed przyjęciem. Standardowo sympatyczna pani pielęgniarka pobrała mi 7 próbówek krwi, następnie zrobiono mi EKG, a następnie zostałem przyjęty przez internistę, który po zapoznaniu się z dokumentacją medyczną zaczął standardowy wywiad lekarski. W pewnym momencie padło pytanie o moje serce i jakieś z nim problemy, od słowa do słowa okazało się, że muszę powtórzyć EKG bo to, które zrobiłem nie jest prawidłowe (tzn. wykazuje nieprawidłowość pracy serca). Powtórzone EKG było niestety takie samo jak to pierwsze i w związku z tym internista oświadczył, iż musi skonsultować mój przypadek z kardiologiem, ale dodał, że nie mam się co martwić, gdyż według niego mogę być operowany, jednak musi nad tym czuwać kardiolog. Nie ukrywam, że nieco się podłamałem takim stanem rzeczy, lecz cóż mi pozostało? Tylko czekać…Konsultacja z kardiologiem na szczęście potwierdziła, iż zabieg może się odbyć, ale jak wrócę do domu to mam się skontaktować z kardiologiem w miejscu zamieszkania, ponieważ ujawnił się u mnie zespół preekscytacji. Nie pytajcie co to jest, bo sam zbyt dokładnie tego nie wiem. W każdym razie chodzi o to, że moje serducho nie pracuje do końca tak jak powinno i jest to najprawdopodobniej wrodzona wada serca, która akurat teraz się ujawniła…
13 XII - zostałem przyjęty do szpitala. Przyjęcie, można by rzec, standardowe gdyby nie to, iż ze względu na ujawniony w miniony piątek problem z sercem, pani anestezjolog konsultowała się z kardiologiem oraz już po umieszczeniu na sali odwiedził mnie kardiolog i przeprowadził ze mną wywiad (niestety nie do gazety). Dzień minął dość szybko, tym bardziej, że towarzyszyła mi moja Połowica (zapomniany wyraz, no nie ?) i nie było właściwie czasu na rozmyślanie, chociaż nie ukrywam, iż gdzieś tam w środku szczypał lęk… Wieczorkiem TV do godziny 21, później kąpiel, magiczna tableteczka i… luuuzzzziiik…
14 XII - pobudka około 5. Tableteczka już niezbyt działa, stresik zaczyna się skradać. Przewracam się z boku na bok i czekam… Zaczyna się kolejny dzień z życia szpitala: sprzątanie sali, mierzenie temperatury, wizyta lekarza itp. Dostałem kolejną magiczna tableteczkę, ale z zastrzeżeniem, iż wolno mi ją połknąć dopiero jak wrócę ze znacznikowania. O godz. 8.30 pani pielęgniarka zabiera mnie i pana Rysia do znacznikowania (pan Rysio został przyjęty razem ze mną i też ma mieć operację w technice ROLL).

Technika ROLL polega na tym, iż obszar, który ma być wycięty zostaje zaznaczony poprzez wpuszczenie do niego substancji radioaktywnej (tzw. znacznika). W trakcie zabiegu lekarz wyszukuje specjalnym czujnikiem obszar zaznaczony i go usuwa. Dzięki tej metodzie chirurg ma możliwość zlokalizowania i usunięcia nawet bardzo niewielkich zmian chorobowych.
Tak więc jedziemy na pierwsze piętro i tam czekamy na doktora, który ma się nami zająć. Około 9.30 zjawia się doktor z metalową, maleńka walizeczką i prowadzi nas pod gabinet zabiegowy. Pierwszy wchodzi pan Rysiu i z różnych przyczyn spędza tam około pół godziny, a ja pod gabinetem nerwowo dreptam tam i nazad marząc o maleńkiej tableteczce. W końcu moja kolej. Wchodzę. Kładę się jak do biopsji. Krótka wymiana zdań z doktorem. Długie badanie USG i wbicie igły, tak jak przy biopsji. Następnie wprowadzanie znacznika radioaktywnego w guzka, który ma być usunięty. Nie jest to miłe, trochę boli, ale da się wytrzymać. I tyle. Można wracać na salę i połknąć magiczną tableteczkę. Kilka chwil i jestem wyluzowany. Spokojnie czekam. Trochę drzemię, trochę rozmawiam z żoną (miała przyjść dopiero po operacji, ale ona mnie nie słucha. Eh te kobiety). Około 13.30 jadę na zabieg, a około 17.30 jestem z powrotem na sali.
Nocka jakoś mija. Nie jestem tak obolały jak po pierwszym zabiegu, ale co dwie godziny wpada w odwiedziny pielęgniarka i robi zastrzyk lub odciąga dren lub sam nie wiem co jeszcze, w każdym razie przychodzi zawsze wtedy, gdy w końcu uda mi się zasnąć ;-)
15 XII - jest dobrze, tylko mnie prawie nie słychać. Mówię cichutko i nie swoim głosem. Przyczyna? Porażenie prawego fałdu głosowego. Niestety w trakcie zabiegu został uszkodzony jakiś nerw, na szczęście jednak nie przecięty więc wszystko ma wrócić z czasem do normy. Wskazana konsultacja w poradni foniatrycznej w miejscu zamieszkania.
16 XII - wyciągniecie drenów, wypisik, L4 i już żoneczka wiezie mnie do domciu. Juppi !!! (jak mawia mój syn).
styczeń 2011
Na dzień dzisiejszy, pomimo karuzeli z kontraktami NFZ-u, udało mi się zdobyć terminy do specjalistów i czekam na wizytę u foniatry i kardiologa.
Głos powoli wraca do formy – rano jest całkiem nieźle, ale wieczorem chrypię jak Safari w fiacie 125 (kto ma trochę więcej lat niż moja kochana żona to wie o czym mówię…)
maj 2012
Operacja usunięcia węzłów chłonnych szyi i śródpiersia.
Taki piękny widok miałem z okna.
Myślałem, że jadę do Zakopca na badanie EBUS/EUS, po wykonaniu którego wrócę do domu najpóźniej następnego dnia, a za kilka dni pojadę poznać wynik. Okazało się być jednak inaczej. Po badaniu oznajmiono mi, iż wynik z opisem będzie za dwa dni i wówczas zostanie podjęta decyzja co robimy dalej.
"Zmroziło mnie", takiego obrotu sprawy nie przewidywałem. Owszem wiedziałem, iż bardzo prawdopodobnym jest, że będę miał kolejną operację, jednak nie przypuszczałem, że tak szybko może to nastąpić. Z jednej strony bardzo dobrze, bo im szybciej tym lepiej, jednak z drugiej strony nie tak to sobie zaplanowałem. (...) Wynik badania okazał się być "dobry" (cokolwiek to znaczyło dla lekarzy) i w związku z tym wyznaczono mi termin operacji za trzy dni. Aby nie było zbyt lajtowo to w dniu poprzedzającym zbieg termin został przesunięty o jeszcze jeden dzień. Jednak koniec końców operacja została przeprowadzona i po trzynastu dniach spędzonych w szpitalu wróciłem do domu. W trakcie operacji chirurdzy wydziobali mi kilka węzłów chłonnych, a wśród nich te, które świeciły na pecie. Teraz pozostaje mi więc szybko się zrastać i czekać na pooperacyjne wyniki hispat.
Jako ciekawostkę napiszę jeszcze, iż zabieg miałem około południa w piątek, a już w sobotę przed południem wyciągnięto mi szwy, dokładnie oczyszczono okolice cięcia, a następnie pani pielęgniarka posmarowała je klejem o zapachu bataprenu i poprzyklejała kawałki gazy (przynajmniej tak to wyglądało). Taki opatrunek mam nosić dotąd, aż sam odpadnie, tylko w czasie brania prysznica mam starać się go zbytnio nie namaczać aby nie odpadł za wcześnie.

środa, 21 sierpnia 2013

Leczenie chirurgiczne raka tarczycy - cz. 1

Zgodnie z aktualnymi zaleceniami leczenie raka tarczycy opiera się na tyreoidektomii (całkowitym wycięciu tarczycy) i operacji węzłów chłonnych. Jedynie w raku brodawkowatym, w którym występuje jedno ognisko raka i jest ono mniejsze od 1 cm oraz nie występują przerzuty, można zaakceptować operację o mniejszym zakresie. Zasadniczo w leczeniu operacyjnym lekarze kierują się zasadą wzrastającej rozległości operacji przy rosnącym zaawansowaniu nowotworu złośliwego, dlatego w trakcie operacji wykonywana jest śródoperacyjna obustronna biopsja chirurgiczna węzłów bocznych szyi. Między innymi to właśnie na jej podstawie jest podejmowana decyzja czy operacja obejmie jedynie węzły chłonne przedziału środkowego szyi (przedkrtaniowe, przedtchawiczne, okołotchawiczne i okołotarczycowe) czy będzie miała rozszerzony zakres.
W Rekomendacjach z IV konferencji "Rak Tarczycy" (2010 r.) pojawia się stwierdzenie, iż "Zabieg całkowitego wycięcia tarczycy z powodu raka powinien być wykonywany tylko w wyspecjalizowanych ośrodkach, dysponujących odpowiednim doświadczeniem operacyjnym i zapleczem diagnostycznym. Można przyjąć, że takie doświadczenie wymaga nie mniej niż 50 operacji raka w ciągu roku." 
Po przeczytaniu tych dwóch mądrych zdań "zapala mi się czerwona lampka". Wszystko pięknie, tylko czy istnieje jakiś wykaz takich ośrodków? Jak w praktyce jest realizowane to zalecenie? Czy pacjent, w ogóle ma sobie zaprzątać głowę tym tematem? Może wszystkie szpitale znają doskonale te zalecenia i jeżeli nie mają odpowiedniego doświadczenia i zaplecza to nie podejmą się wykonania takiego zabiegu lub wyraźnie poinformują pacjenta o tym fakcie? Nie wiem. A chciałbym wiedzieć, podobnie jak wielu innych pacjentów którym np. zdarzyło się usłyszeć, iż ze względu na wyczerpanie limitów na dany rok muszą poczekać na zabieg ponad pół roku lub poszukać innego szpitala, w którym będzie krótszy czas oczekiwania. Nie wiem, ale się dowiem! Poczyniłem już w tym kierunku pewne kroki i czekam na odpowiedź. Jak tylko coś będę wiedział konkretnego to zaktualizuję ten wpis.

Zakres diagnostyki przed leczeniem operacyjnym obejmuje:
- wywiad
- badanie palpitacyjne (badanie za pomocą dotyku, popularnie zwane obmacywaniem)
- badanie USG szyi obejmujące zarówno tarczycę jak i węzły chłonne
- biopsję aspiracyjną cienkoigłową (BAC) tarczycy (czasami również węzłów chłonnych)
- badanie RTG klatki piersiowej w dwóch projekcjach
- badanie laryngologiczne w celu oceny funkcji strun głosowych
- badania laboratoryjne krwi i moczu
- badanie EKG i pomiar ciśnienia tętniczego krwi
W szczególnych przypadkach diagnostyka może zostać rozszerzona (np. o tomografię komputerową).
Uwaga praktyczna: 
Jeżeli coś wzbudza nasz niepokój lub wątpliwości, należy o tym koniecznie powiedzieć lekarzowi. W trakcie rozmowy z lekarzem pacjent ma prawo zadawać pytania i oczekiwać, iż uzyska na te pytania zrozumiałe odpowiedzi.

Operacja przeprowadzana jest w znieczuleniu ogólnym. Standardowo nie powoduje znaczącej utraty krwi i nie wymaga transfuzji krwi. Zabieg zwykle trwa od jednej do dwóch godzin. Wycięte tkanki są przekazywane do badania histopatologicznego w celu ustalenia typu nowotworu oraz oceny jego zaawansowania - tylko badanie histopatologiczne materiału pooperacyjnego może z całą pewnością potwierdzić lub wykluczyć rozpoznanie wstępne.

Czas pobytu w szpitalu jest uzależniony od wielu czynników; w wersji optymistycznej: poniedziałek - przyjęcie,  wtorek - operacja,  piątek - wypis.

Podobnie jak przy wszystkich innych operacjach, również w operacji usunięcia tarczycy istnieje ryzyko wystąpienia takich powikłań jak infekcja czy krwotok. Ponadto mogą (choć wcale nie muszą!) pojawić się powikłania specyficzne dla tego zabiegu. Do najczęstszych powikłań tego typu należą: porażenie nerwu krtaniowego wstecznego i niedoczynność przytarczyc. Zdarza się również (bardzo rzadko) porażenie nerwów splotu barkowego. Powikłania mogą mieć charakter przemijający lub trwały.
Zalecane jest by przez jakiś czas po zabiegu prowadzić oszczędny tryb życia. Docelowo jednak, przy braku powikłań, powraca się do pełnej sprawności fizycznej. O szczegóły w tym temacie najlepiej zapytać lekarza podczas wypisu, a następnie podczas wizyty kontrolnej (zazwyczaj miesiąc od wypisu odbywa się konsultacja chirurgiczna). Lekarz znający konkretny przypadek jest najbardziej właściwą osobą do decydowania o tym co dany pacjent może już robić, a czego jeszcze nie powinien.
Na zakończenie tego wpisu jeszcze kilka sów o bliźnie pooperacyjnej.
Kształt blizny może być różny. W przypadku usunięcia samej tarczycy pozostaje tylko "uśmieszek" w dolnej części szyi , a jeżeli dochodzi jeszcze do usunięcia bocznych węzłów chłonnych szyi, to "uśmieszek" może przemienić się w "J", a nawet "U" od ucha do ucha. Ale spokojnie! Zazwyczaj zostaje jednak mały "uśmieszek". Blizna z czasem ewoluuje. Z moich obserwacji wynika, iż jej wygląd może ulegać zmianie nawet na przestrzeni dwóch lat. Jej widoczność, szerokość, długość i wypukłość zależą od takich czynników jak: rozległość zabiegu operacyjnego, doświadczenie chirurga, sposób zamknięcia rany i czynniki indywidualne. I choć internetowe fora dyskusyjne pełne są "dobrych i jeszcze lepszych" rad jak pozbyć się blizny, a reklamy proponują super skuteczne środki, po których blizny znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przestrzegam przed pochopnymi działaniami. Nie ma bowiem jednego uniwersalnego sposobu na likwidację blizn. Skóra każdego człowieka ma swoje indywidualne właściwości i predyspozycje. To co jednej osobie pomaga u drugiej może wywoływać podrażnienia skóry. U części osób skóra na ranie pooperacyjnej samoistnie zrasta się gładko, a inne osoby mają skłonności do tworzenia się bliznowca (keloidu). Tak więc nie ma złotego środka na uczynienie blizny niewidoczną. Pewnym jest tylko to, że dopóki rana się dokładnie nie zagoi to nie należy jej smarować żadnym maściami (chyba, że lekarz zaleci inaczej) i trzeba unikać jej nadmiernego moczenia. A wszelkie ewentualne problemy polegające na tworzeniu się nieładnej blizny najlepiej konsultować z lekarzem dermatologiem (nie potrzeba skierowania).

Lektura uzupełniająca:
Dla szczególnie zainteresowanych tematyką znieczulania polecam: http://www.znieczulenie.org.pl

AKTUALIZACJA - 02 listopada 2013 r.
Do dnia dzisiejszego udało mi się ustalić tylko tyle, iż nie istnieje (niestety) żaden wykaz (lista) ośrodków leczniczych, które posiadają odpowiednie doświadczenie w wykonywaniu operacji usunięcia tarczycy z powodu raka. Tak więc chyba pozostaje nam (pacjentom) mieć nadzieję, że lekarze znają zalecenia i podejmując się wykonania zabiegu, dysponują "odpowiednim doświadczeniem i zapleczem diagnostycznym"...
Nadal jednak czuję niedosyt informacji w tym temacie, dlatego pozostawiam go otwartym.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Sposoby postępowania z nowotworami złośliwymi tarczycy.

Leczenie raka tarczycy opiera się na całkowitym wycięciu tarczycy i odpowiednim, do zaawansowania choroby, zakresie operacji węzłów chłonnych. Po usunięciu tarczycy konieczne jest podawanie pacjentom L-tyroksyny w celu uzupełniania istniejących niedoborów hormonalnych (leczenie substytucyjne), jedak w przypadku raków zróżnicowanych, aby zmniejszyć ryzyko nawrotu choroby wynikające z faktu, iż TSH jest czynnikiem wzrostowym dla komórek rakowych  stosuje się dawki supresyjne L-tyroksyny. Supresyjne tzn. takie, które mają obniżyć TSH do jak najniższego poziomu, jednak nie powodujących jeszcze objawów nadmiaru hormonów tarczycy. Hormonalne leczenie L-tyroksyną będę bardziej szczegółowo opisywał w kolejnych postach (podobnie jak pozostałe wymienione w tej notatce metody leczenia raka tarczycy).
Następnym etapem leczenia raków zróżnicowanych jest terapia jodem radioaktywnym (u chorych na raka rdzeniastego oraz anaplastycznego nie ma wskazań do takiego leczenia). Teleradioterapia (tzw. naświetlania) znajduje natomiast zastosowanie w leczeniu wszystkich typów raka tarczycy; ale nie we wszystkich jego przypadkach. Leczenie jodem promieniotwórczym jak i teleradioterapia mogą być stosowane zarówno jako leczenie uzupełniające, radykalne bądź paliatywne.
W rakach zróżnicowanych oraz raku rdzeniastym tarczycy nie ma udokumentowanych naukowo wskazań do stosowania chemioterapii. Osoby z rozsianą i postepującą chorobą powinny być włączane do kontrolowanych badań klinicznych, bowiem zastosowanie leków celowanych molekularnie może przynieść nowe możliwości leczenia raka tarczycy. W przypadku raka anaplastycznego chemioterapia bywa stosowana, niestety jednak nie przynosi zadawalających efektów.
Gdy rozpoznanie przedoperacyjne wskazuje na pierwotnego chłoniaka tarczycy lub przerzut innego nowotworu, konieczna jest dalsza diagnostyka i wielodyscyplinarna decyzja kliniczna przed podjęciem leczenia operacyjnego. W pierwotnym chłoniaku tarczycy wskazania do leczenia operacyjnego nie są jednoznacznie ustalone, a operacja nie poprawia rokowania odległego, stąd  radioterapia i chemioterapia stanowią  podstawę leczenia w takim przypadku.
Bibliografia kliknij TUTAJ  

UAKTUALNIENIE: 
Rak anaplastyczny tarczycy cały czas pozostaje bardzo trudny do leczenia, jednak naukowcy nie zaprzestają poszukiwań nowych rozwiązań. FDA zatwierdziła równoległą terapię dabrafenibem i trametinibem w leczeniu anaplastycznego raka tarczycy, więcej szczegółów tutaj.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Nowotwory złośliwe tarczycy.


Nowotwory złośliwe tarczycy zalicza się do grupy nowotworów rzadko występujących, a większość z nich to raki zróżnicowane o mało agresywnym przebiegu i dobrym rokowaniu. Należy jednak bezwzględnie pamiętać, że im wcześniej zostanie ustalone rozpoznanie, tym większa jest szansa zastosowania skutecznego leczenia; dotyczy to zarówno tych mniej, jak i tych bardziej agresywnych nowotworów.


 Nowotwory złośliwe tarczycy możemy ogólnie podzielić na: 
1. Raki zróżnicowane:
     1.1. Rak brodawkowaty /łac. carcinoma papillare/
     1.2. Rak pęcherzykowy /łac. carcinoma folliculare/
2. Rak anaplastyczny (niezróżnicowany) /łac. carcinoma anaplasticum/
3. Rak rdzeniasty /łac. carcinoma medullare/
4. Chłoniak /łac. lymphoma/
5. Przerzut /łac. metastasis/ do tarczycy nowotworu złośliwego z innego narządu (guz wtórny)
Należy mieć świadomość, iż mogą występować różne odmiany powyżej wymienionych nowotworów, jednak stosowanie powyższego podziału jest, moim zdaniem, wystarczające aby móc rozpocząć świadomą rozmowę o nowotworach złośliwych tarczycy.